Zakończenie sezonu

Zakończenie sezonu

Nastało cudowne, piątkowe popołudnie. Z bananem na twarzy uciekłem z pracy i pognałem do domu. Małe co nieco, motorowe ubranko i mogę mknąć na południe. Ciepłe powietrze owiewa twarz, słońce jasno świeci, a do pełni szczęścia brakuje tylko nieco mniejszego ruchu na drodze. W Żorach wlałem jeszcze paliwo do baku i już przez nic ani przez nikogo nie niepokojony dotarłem do Wisły. W Jaworniku parę rzutów oka na okoliczne domy i jest Lusia. Na parkingu stały już sobie dwa motory. Stanąłem obok i przyszedłem się przywitać. Powitanie szybko przeniosło się do knajpki i tak przy piwie witaliśmy się z kolejnymi przyjeżdżającymi uczestnikami spotkania. Miło gawędząc patrzyliśmy jak systematycznie parking wypełnia się kolejnymi maszynami. Dawno nie było tylu sprzętów. W końcu wybiła godzina 19:00 i Belmondo pogonił nas do stołów. Jedzonko w Lusi jest bardzo dobre i gorąco polecamy sam lokal oraz pana Mietka – kucharza. Po zakończeniu kolacji na stół zajechały przeróżne napoje o różnych smakach, nazwach i kolorach. Wszystkie były dokładnie badane na ewentualną zawartość niepożądanego składnika pochodzącego z sąsiedniego, miłego skądinąd państwa. Po wykluczeniu zawartości składników szkodliwych dla zdrowia w ogóle, a dla wzroku w szczególności, kolejne puste flasze znikały szybko z powierzchni stołów. Pożałowania godnym incydentem było częstowanie uczestników biesiady przez Gutka tabaką, co jak się później okazało miało przykre następstwa dla owych uczestników. W czasie gdy owe flasze systematycznie traciły na wadze, w pokoju Axelów, w pełnej tajemnicy powstawał długi papirus z treścią roty umożliwiającej przyjęcie nowych członków do klubu. Treść owego papirusu została ściągnięta nie wiadomo do końca skąd przy użyciu najnowszej techniki, nie wyłączając nowoczesnych systemów informatycznych typu Windows 7.5 i iOS 5.0. Ściągnięta treść została zapisana pismem piktograficznym na rozwijanym papirusie wykonanym w technice ekologicznej z innych papirusów, mam nadzieję że mało używanych. Po uzyskaniu w trudzie niemałym owych ważnych treści przystąpiliśmy do odebrania przysięgi od Belmonda i uroczystego przyjęcia go w poczet. Belmondo przysięgę złożył jak należy i uśmiechnął się od ucha do ucha, a może nawet nieco szerzej, czemu pewnie sprzyjały poniesione niedawno na twarzy nacięcia i szczeliny. Wręczyliśmy stosowne koszulki Izie i Belmondowi i zostały one uroczyście ubrane. Dalszy ciąg imprezy polegał głównie na gadaniu, spożywaniu, spacerach po parku motorowym oraz zażywaniu nieszczęsnej tabaki. W miarę upływu czasu liczba biesiadujących osób powoli spadała, a Lusię ogarniać zaczęła cisza nocna.

Nastał piękny, słoneczny poranek. Wyjrzało słoneczko i wszystko zaczęło dymić: drogi, pojazdy, a nawet głowy. A może szczególnie głowy ? Od samego rana przy motorach zebrał się tłumek spragnionych nowości z motocyklowego świata słuchaczy i mówców. I tak wolno, choć mile mijał czas. Głośny krzyk, że już podają wzbudził zrozumiałe poruszenie w sennej grupie i wszyscy rączo pognali do stołówki zobaczyć co tym razem Pan Miecio wytworzył. A wytworzył sporo. Były wytwory parówkopodobne, była jajecznica, różne serki, pasty, wędliny oraz całkiem dobry pasztet, niewykluczone, że na szczęście nie zrobiony według norm unijnych. Pojedliśmy, popiliśmy i wylegliśmy na parking koło motorów. Umówiliśmy się na wyjazd na 10:00 wiec było jeszcze trochę czasu i można się było dowiedzieć czegoś ciekawego o motorach. Na wyznaczoną godzinę wszyscy zeszli przykładnie ubrani w motorowe ubranka. Stworzyliśmy długą, niebywale długą kolumnę i powoli ruszyliśmy na południe. Droga wlokła się wolno, ruch był duży, a na dodatek trasę na Kubalonkę remontowali w wielu miejscach. Ale że wcześniej była bardzo dziurawa, to pomimo stania w korkach każdy się cieszył. Za przełęczą widzieliśmy, jak pan drogowiec z wielkiej szpuli rozwijał białą tasiemkę, do złudzenia przypominającą papier wiadomego przeznaczenia i pieczołowicie układał ją na jezdni. Jak ta technika się upowszechni, boję się, że wrócą permanentne braki owej tasiemki, które wszyscy jeszcze pamiętamy z okresu minionej, niekoniecznie chwalebnej, ale pełnej wrażeń epoki. Po dojechaniu do Istebnej spragnieni dolali paliwa do baków, a nieposiadający posiedli walory płatnicze naszego południowego sąsiada. I po chwili jazdy nasza kolumna przekroczyła granicę i pogrążyła się w sieci wąskich, ale jakże malowniczych i całkiem dobrych dróżek. Tak więc jechaliśmy sobie klucząc niemiłosiernie, głównie w trosce o Mirkę, żeby przypadkiem nie musiała jechać drogą szerszą od jej auta, co mam wrażenie działa negatywnie na jej samopoczucie. Mirka zdecydowanie lubi drogi węższe od jej samochodu. Drogi wiodły przez śliczne kolorowe lasy, malownicze pola oraz urokliwe wioseczki. Jedna szczególnie przypadła nam do gustu. Nazywała się "Metylovice" i podejrzewamy, że z niej pochodzi ów tajemniczy składnik czeskich napojów, tak intensywnie tropiony przez liczne służby tropiące wszystkich krajów Europy. A my tak, pyk, i jest. Znamy już miejsce pochodzenia słynnego wypalacza. Dróżki były takie, że z trudem mijamy się z rowerami. W ogóle nie możemy wykluczyć, że jechaliśmy szlakami rowerowymi, ale było fajnie. Przed Prażmem skręcamy w lewo i jedziemy na kawę do starego schroniska na Prasziwej. Uroczą dróżką dojeżdżamy na parking, a tu kicha. Tłumy ludzi, samochodów i oczywiście kolejne wesele. Mam wrażenie, że wyjazd bez jakiegoś wesela, choćby czeskiego, to wyjazd stracony. Pooglądaliśmy pannę młodą, gości, o kawie z powodu gigantycznej kolejki nawet nie pomyśleliśmy. Zobaczyliśmy zabytkowy kościół św. Antoniego z zewnątrz, widoczek na doliny i pojechaliśmy dalej. Początkowo dróżkami, raz nawet trochę po szutrze, potem uroczymi dolinkami z jednym nawrotem spowodowanym remontem drogi, dojechaliśmy do zamku w Hukwaldach. Motory porzuciliśmy przy płocie i poszliśmy na zamek. Trasa wiodła uroczą parkową alejką. Widzieliśmy pomnik Liska Chytruska - bohatera niebywale słynnej opery pióra ? ołówka ?, czy czym tam się opery pisze - Leoša Janáčka. Wielki ten kompozytor urodził się właśnie w Hukwaldach. Przepełnieni ogromem wrażeń jak i pokonaną trasą poczuliśmy słabość wielką i zaczęliśmy się słaniać obunórz, a nierzadko dodatkowo oburącz. Resztkami sił doszliśmy do drogowskazu, który powiedział nam okrutnie i bez owijania w bawełnę, że do zamku jest jeszcze 1.2 km. Ponadto uświadomiłem gronu, że zamki zazwyczaj buduje sie na wzgórzach, a my ciągle w dolinie. I tak w grupę wkradło się zwątpienie, smutek i żałość wielka. Ale ostatni dzielni podzielili się swym entuzjazmem, naobiecywali dziwy niestworzone na końcu tego niebywale odległego szlaku i nowe siły wstąpiły w wątpiących. Odgarnęli spocone włosy z czoła, zamachali rękoma obiema, zdjęli co mieli i ruszyli w nieznane. Sapiąc i fucząc, zipiąc i kwękając pokonaliśmy tę gigantyczną przestrzeń zarówno w poziomie, jak i w pionie i osiągnęliśmy wymarzoną bramę zamkową. Po wyrównaniu oddechów, wystudzeniu przegrzanych mięśni i wchłonięciu całkiem ładnego widoku kolorowych wzgórz zagłębiliśmy się w czeluście wiekowej budowli. Ale zapał nasz szybko ostudziła pani w okienku o niesympatycznej nazwie "Pokladna" domagając się od nas środków. I chodziło jej o środki płatnicze w stosunkowo dużej ilości. Wzbudziliśmy więc w sobie talenty o które nikt by nas nie posądził i przekonywaliśmy panią, że jesteśmy dziećmi nieletnimi, niektórzy do lat trzech, uczniami, studentami, a jednocześnie emerytami, rencistami oraz pracownikami czeskiego ministerstwa muzealnictwa, o ile oczywiście takie istnieje. I nic. Ani urok osobisty Mikiego, ani przekonywujący wygląd Gutka jako przedszkolaka nieletniego, ani nawet mnie, jako studenta - emeryta pani nie przekonał. Nie pozostawiono nam więc żadnego wyboru - musieliśmy zasilić walorami skarb bratniego państwa, które w ramach wdzięczności zasila nasze swymi wyrobami metylowymi. Tak więc zamek poznaliśmy dość dokładnie, zgodnie z zasadą - zapłacone - zobaczone. A zamek był ogromny. Dawniej należał do biskupów ołomunieckich. Swoją droga nieźle musiały chłopaki rozrabiać, że się chronili za takimi grubymi murami. Urokowi budowli dodawały okoliczne lasy mieniące się nieprawdopodobną gamą kolorów. W końcu nasyceni widokami oraz ponaglani dziwną pustką panującą tuż pod przeponą wróciliśmy do swych maszyn. GPS nastawiłem na najkrótszą drogę do nowej knajpy motocyklowej i pognaliśmy. Pewien niepokój wzbudzał tylko duży ruch motocyklistów w okolicy. I niepokój okazał się w pełni uzasadniony. Wszystko co jeździ po Czechach na dwóch kołach zajechało pod naszą knajpę. Ogromny parking zastawiony był wszelakim sprzętem, czasami nawet fajnym. Pełni najgorszych przeczuć co do możliwości spożycia czegokolwiek poszliśmy do środka. I wyszliśmy, głodni, spragnieni. A wokoło na stolikach czescy motonici siedzą, jedzą, gadają, popijają piwo. Ech, ci to mają życie. Wsiedliśmy więc na motory i jedziemy, nosy na kwintę, wzrok ku ziemi, ani się spostrzegliśmy, jak minęliśmy polską granicę. Wobec takiego zrządzenia losu, benzynka, coś na ruszt i dalej. Po chwili wita na już gościnna brama Lusi. Prysznic, trochę gadania i od strony wiaty zapachniały kiełbasy, mięsiwa i krupnioki. Czy jak kto woli je nazywać. A nazw ich jest wiele. Do popicia było wino grzane, więc szybko zrobiliśmy dla naszych ciał wszystko, co było możliwe. A potem nastąpiły straszne chwile swawoli, hulanek i rozpasania. Po okolicy krążyły żądne, nie wiem do końca czego żądne, ale żądne panie łapiąc niewinnych i zaciągając ich do jaskini zła. A tam, trzęsąc się i wyginając przymuszały do tego owych spokojnych i pojmanych osobników. Na zdjęciach zachowały się obrazy wyciągania przerażonego Ziutka na środek placu, z pewnością w celu zadania mu mąk straszliwych. Kolejną ofiarą stałem się o zgrozo ja sam, na szczęście przyjąłem postawę obronną i ufortyfikowałem się na ławie pod stołem. Pierwsza linia obrony szybko padła, po tym, jak odebrano mi bezpowrotnie stół, ale ława wytrzymała. To znaczy głównie ja wytrzymałem na ławie, trzymając się kurczowo wszystkich jej wystających elementów. Panie owe nosiły mnie po sali trzęsąc podstępnie moją ławą i pomrukiwały groźnie nie mogą mnie od owej ławy uwolnić. W końcu udało mi się taktycznie wycofać. W celu uniknięcia podobnych incydentów poszliśmy z chłopakami daleko w ciemną noc. Szliśmy cicho nie paląc świateł celem uniknięcia rozpoznania. Po powrocie z wycieczki jeszcze chwilę pogadaliśmy i udałem się spać. Z posiadanej dokumentacji fotograficznej wynikało, że impreza owa przybierała na sile, rozhukane osobniki biegały po ławach i stołach, z pewnością wydając okrzyki głośne, a nieprzyzwoite. I z ustnych przekazów dowiedziałem się że hulance położyła kres jedyna rozsądna osoba w ośrodku zwana pieszczotliwie Herod Baba.

Rankiem na placu przed motorami ponownie pojawił się tłumek entuzjastów tej gałęzi motoryzacji. W owym tłumku wyczuwało się niestety nutkę schyłkowości. Kolejni ludzi chyłkiem pakowali do sakw swe rzeczy, przygotowywali do drogi swe maszyny. Po tradycyjnie dobrym śniadaniu nastały kolejne pożegnania i rozstania. Z większym lub mniejszym hukiem odjeżdżały w dal kolejne motory, a my mieliśmy uczucie, że części z ich już nie zobaczymy. A przynajmniej w tym roku. Chwilę przyjemności zrobił nam konik ośrodkowy, który po ubraniu kurtki, kasku i rękawic zapragnął przejechać się motorem.

W końcu wszyscy odjechali, a pozostała, na szczęście jeszcze dość spora grupa udała się na objazd okolicznych górek. Na początek pojechaliśmy do Wisły pokazać Gregowi nową skocznię. Wjechaliśmy na górę, pooglądaliśmy sumiennie wszystkie atrakcje, zrobiliśmy parę fotek z nartami i wróciliśmy do motorów. Przez przełęcz Salmopolską pojechaliśmy do Szczyrku. Trasa była fajna, ale jak tylko nabraliśmy pewnego zaufania do drogi, na jakimś winklu trafiłem na zwały szuterku. Cudem uniknąłem szlifa. Od tego momentu jechałem statecznie i spokojnie. W Buczkowicach pożegnaliśmy Gregów i pojechaliśmy przez Kotlinę Żywiecką. Udało się uniknąć dróg główniejszych, co skutkowało tysiącami zakrętów, wiosek i dziur. W końcu dojechaliśmy na Przełęcz Kocierską. W kiedyś miłej knajpce kłębiła się taka masówka, że jedzenie dawali chyba z mikroweli. Zniesmaczeni zjechaliśmy do Andrychowa. Ponieważ nieszczęścia chodzą parami, tym razem jakiś burak próbował mnie staranować. Poszło na milimetry. Zapragnąłem wrzucić mu do kabiny jakiś granat zaczepny. Niestety, nie miałem. Z Andrychowa przez Kęty, Wilamowice i Pszczynę wróciliśmy do domków.

 



Wyprawy

<< Grudzień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V