Rozpoczęcie sezonu

Rozpoczęcie sezonu

Nadeszła połowa kwietnia. Odwieczna pora na oficjalne wyciągnięcie z domowych pieleszy swoich maszyn, odkurzenie, przetarcie szmatką chromów, uzupełnienie niedoborów płynów i powietrza w oponach.

W piątkowe popołudnie w kierunku Gliwic zaczęły zjeżdżać dziesiątki różnokolorowych motocykli. Pędziły z różnych stron kraju, z bliska i z daleka. I w restauracji hotelowej zaczęło przybywać spragnionych swojego towarzystwa osób. Dokładnie jakiś czas po 18:00 na salę wniesiono obiad. Obiad oczywiście został szybko i gruntownie pożarty przez wygłodniałą ekipę. Po obiedzie na salę wjechało kilka salaterek z kopą – tradycyjnym śląskim deserem o niewyobrażalnej dobroci. Produkt został własnoręcznie wykonany przez Sylwię i nosił stosowne certyfikaty ręcznej roboty. Oczywiście kopa spotkała się z przychylnym przyjęciem i również została szybko spożyta. Potem na stoły wniesiono zimną płytę i przy niej oraz napojach ułatwiających przyswajanie składników owej zimnej płyty upłynął wieczór, by nie rzec większość nocy.

Nastał sobotni poranek. Po niebie przewalały się ciemne chmury, po korytarzach ponure i nieco zmęczone postacie. Ale jak wiadomo czas leczy rany, niebo zaczęło się przejaśniać, a na twarzach pojawiły się pełnie nadziei uśmiechy. I były to nie byle jakie uśmiechy, na twarzach jaśniały uśmiechy pełne nadziei na śniadanie. I na sali jadalnej zaczęły gromadzić się żądne tego posiłku osoby. A śniadanie było dobre, by nie rzec wielce wypaśne. Po śniadaniu, obowiązkowej kawie, dokładnie kilka minut po 9:30 na parkingu zaczęli gromadzić jeźdźcy, każdy przy swojej maszynie. Zdjęli z maszyn derki, pogłaskali po bakach, poklepali po reflektorach. W końcu na hasło Schizma wszyscy siedli na siodła, odpalili silniki i objechali wokół cały hotel, by ustawić się w zwartej kupie po jego drugiej stronie. Na honorowym podwyższeniu, czyli krawężniku stanął Miki i przypomniał wszystkim zasady poruszania się w grupie po drogach bądź co bądź publicznych. Już wiemy, że najważniejsze to nie jechać na czerwonym świetle. Wzbogaceni o tę cenną wiedzę ruszyliśmy ładnym szykiem dwójkowym przed siebie. A tak naprawdę to za prowadzącym. Po paru kilometrach stanęliśmy pod gigantyczną wieżą zbudowaną z mosiądzu i modrzewia. A jest ona najwyższą budowlą drewnianą na świecie. Na honorową mównicę (śmietnik) wkroczył Schizm i opowiedział nam ładnie o jej konstrukcji, historii, przeznaczeniu. Najbardziej poruszył nas problem mikrofonu – działał, czy nie działał. A problem ten był o tyle ważki, że w ostatecznym rozrachunku rozpętał II wojnę światową.

Po nasyceniu wzroku ogromem konstrukcji ruszyliśmy drogami początkowo bardzo szerokimi, by na koniec pędzić przed siebie moimi rowerowymi szlakami. I gdybym jechał nimi rowerem, wkurzyłbym się na taką huczącą kawalkadę, ale tak obyło się bez pretensji. Tak zajechaliśmy do Łazisk, gdzie stanęliśmy pod Elektrownią Łaziska. Elektrownia sama w sobie nas nie interesowała, ale dorabiała do wytwarzania prądu pokazując przeróżne eksponaty związane z produkcją, używaniem i różnorodnym wykorzystywaniem energii elektrycznej. Na początek zobaczyliśmy ponad 100 dzwonków. Nie tylko zobaczyliśmy, ale mogliśmy sobie na nich podzwonić. I owo dzwonienie spodobało nam się bardzo. W końcu pan przewodnik w obawie o stan eksponatów pognał nas do innego stanowiska. Tu próbował nas porazić prądem o sporym napięciu, niestety iskry z uporem unosiły się ku górze i nikomu nic się nie stało. Wobec tego poszliśmy pooglądać cykl produkcyjny prądu. I teraz już wiemy, jak sprytnie przerabia się czarne kawałki węgla w niebezpieczną dla zdrowia i życia elektrykę. Następnie zapoznaliśmy się z możliwością produkcji energii odnawialnej. A w zasadzie szybko zostaliśmy zniechęceni do tej formy pozyskiwania energii, gdyż najtęższe organizmy wysiadały przy wyprodukowaniu 100 watominut. Szybko policzyliśmy, że by oświetlić pomieszczenie przez 1 minutę 100 watową żarówką trzeba by potem wypić kista piwa i leżeć przez 3 dni plackiem na łożu boleści. Wobec tego jesteśmy obecnie zagorzałymi entuzjastami energii pozyskiwanej w wyniku spalania węgla, ropy i gazu. Kolejnym etapem naszego uświadamiania był pokaz światła. W może nie tyle światła, ile samych żarówek. A mieli tak przeróżne żarówki – do zegarków, do latarek, do latarni morskich, a nawet jedna służyła do zestrzeliwania wrogich samolotów. I pomyśleć, że broń laserowa na świecie jeszcze nie wyszła poza fazę doświadczalną, a Rosjanie już kilkadziesiąt lat temu mieli żarówkę zdolną zestrzelić każdy obiekt latający. Była również żarówka wyprodukowana przez samego Thomasa Alvę Edisona. I podobno świeci, z tym, że tego nie widzieliśmy. Podobno żarówka ta ma taką właściwość, że zapala się tylko 6 stycznia. Tylko skąd ona wie, jaka jest akurat dzień ?

Następnie zwiedzaliśmy różne urządzenia użytku domowego. Ten dział pan zachwalał jako wybitnie stary i cenny. I niestety, wiele z tych urządzeń pamiętam z własnego domu. Doszedłem do wniosku, że też jestem stary i cenny. I zacząłem się z niepokojem rozglądać czy swoim przemieszczaniem nie wywołam jakiegoś strasznego alarmu.

Na koniec poszliśmy do pokoju, gdzie pan raził na odległość statystę wiszącego pod sufitem iskrami o napięciu ponad 1 MV. Najpewniej miało to nas przekonać, żeby pochopnie nie włamywać się do tego muzeum w celu wyniesienia niezawodnej pralki Miele. Czy innego sprzętu grającego marki Kołchoźnik HiFi.

Przy wyjściu z muzeum zostało nam zaprezentowanie krzesło podłączone do źródła prądu zmiennego i wyposażone z błyskający iskrami berecik. Nawet wypróbowaliśmy jego działanie na Ance, ale albo krzesło było uszkodzone, albo Anka obcując już tyle lat z Człowiekiem Taurona jest tak obyta z prądem, że nic jej się nie stało.

Z Elektrowni pojechaliśmy do Gostyni, zmierzyć się z kolejną pamiątką II wojny światowej, czyli bunkrem Sowiniec. Bunkier Sowiniec jest bunkrem w dobrym stanie, co zawdzięcza najpewniej ukryciu w lesie oraz braku jakiejkolwiek wzmianki na mapach, w tym mapach Garmina. Podejrzewam, ze nie został naniesiony nawet na mapy niemieckie, więc go nie znaleźli. Pan ładnie ubrany w zielony garniturek, z potężnym nożem u boku opowiadał nam o konstrukcji i historii obiektu. Zwiedziliśmy go w środku i stwierdziliśmy, że jego wyposażenie jest nieco przestarzałe – CKM nie działał, a gazeta pochodziła z 31.08.1939 roku. Jeśli dowódca bunkra opiera swoje decyzje na doniesieniach prasowych mających już 77 lat, to obawiam się bardzo o losy najbliższej Bitwy Wyrskiej. Czuję, ze znów zwyciężyć mogą Niemcy.

Po takiej dawce historii nie pozostało nam już nic innego, jak tylko posilić się czymś pożywnym. A jak wiadomo, najlepiej odżywia się szlachta i rycerstwo, więc pojechaliśmy do Pszczyny, do najbliższego grodu wyposażonego w karczmę mogącą obsłużyć tylu głodomorów. Motory zaparkowaliśmy pod murami grodu i szybkim atakiem frontalnym wdarliśmy się do wnętrza budowli. Podano nam przeróżne mięsiwa, kluchy i sałatki. A wszystkie okazały się wybitnie dobre i pożywne.

W grodzie przeczekaliśmy krótki, ale intensywny deszczyk i pognaliśmy otrzeć się o zupełnie inną epokę historyczną, a mianowicie o zabory. W tym celu pojechaliśmy do Mysłowic, gdzie przed laty nad Przemszą stała wieża obserwacyjna. Z wieży tej pruski obserwator mógł przy dobrej pogodzie zobaczyć, co dzieje się w innych zaborach – a to w ruskim i austriackim. Zajechaliśmy więc na łąkę i po krótkim marszu doszliśmy do miejsca gdzie stała kiedyś owa wieża. Niestety, została rozebrana – najpewniej przez innych zaborców, którym owe obserwacje nie były w smak. Ku naszemu zdziwieniu koło ruin wieży stał stoliczek, a na stoliczku stały trzy termosy i trzy ciasta. Owe ciasta i termosy miały symbolizować trzy zabory i trzech zaborców. W słusznym gniewie szybko rozprawiliśmy się z zaborcami i samymi zaborami zostawiając jedynie okruszki i puste naczynia.

Po owej uczcie, za którą dziękujemy szczególnie słodko, popędziliśmy ile koń wyskoczy do naszego hotelu, ponieważ czekał na nas już przepyszny obiadek. Na miejscu szybko się umyliśmy, przebraliśmy i polecieliśmy zjeść coś niezwykle dobrego. Po obiedzie przenieśliśmy się na parking, gdzie przyjęliśmy do klubu nowych członków – czyli Dżawora i Żonkila. Zgodnie z naszą tradycją Chłopcy musieli wykazać się doskonałą techniką jazdy na jednośladzie, odwagą i poświęceniem wypijając przyrządzony przez Gutka napój o zupełnie nieznanym i z pewnością szkodliwym składzie, a na koniec złożyli stosowne ślubowanie. Wręczyliśmy im koszulki klubowe i złożyliśmy gratulacje.

A potem już do bardzo późna miały miejsce rozmowy i pogaduszki.

Niedzielny poranek powitał nad pięknym słońcem. Na jadalnię schodziły kolejne grupki głodnych i spragnionych. Po jedzeniu wszyscy pakowali się i jechali do Częstochowy lub do domów.

Miki i ja postanowiliśmy pozwiedzać troszkę Opolszczyznę, pojechaliśmy więc do Brynka zobaczyć całkiem fajny pałacyk, potem do Koszęcina na spotkanie z Panem Hadyną. Pan Hadyna siedział na ławeczce w ogródku, ale był jakiś zamyślony, małomówny, wręcz nieobecny duchem. Pojechaliśmy więc do Kluczborka powąchać pięknie kwitnące magnolie, zobaczyć stary kościół z XIII wieku, a przede wszystkich zapoznać się z trudnym życiem bartników. Przy wyjeździe z miasta zostaliśmy podstępnie zatrzymani przez patrol Policji, który dogłębnie zapoznał się z naszymi papierami, a także naszymi oddechami. Na szczęście papiery były w porządku, a i do oddechów też jakoś nie mieli zastrzeżeń, więc puścili nas wolno. W Zagwiżdżu szukaliśmy starej odlewni, ale się schowała. Wobec tego pojechaliśmy do Ozimka, gdzie jest najstarszy w Europie most wiszący. Kawałek za Ozimkiem zostaliśmy zatrzymani przez straż pożarną z powodu wyścigu kolarskiego. Uczynny pan strażak zaproponował nam podróż przez piaszczystą polną dróżkę, co też i uczyniliśmy. Nieco kiwając się w piachach na szosowych oponach dotarliśmy do zagrody zamieszkałej przez bardzo egzotyczne zwierzęta. Ja stawiam, na krzyżówkę łosi, jeleni i okapi. Po przyjrzeniu się im bardzo dokładnie pojechaliśmy najkrótszą drogą do autostrady i po chwili byliśmy już w domach.

Sezon się zaczął.



Wyprawy

<< Grudzień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V