Zakończenie sezonu w Niemojowie

Nadeszła smutna chwila, kiedy sezon oficjalnie dobiegł końca i należało się z nim definitywnie rozstać. W tym celu Andy zorganizował spotkanie, na którym z żalem żegnaliśmy mijający sezon. Na miejsce spotkania wybrał klimatyczny gościniec w nikomu nic nie mówiącej miejscowości Niemojów, składającej się właśnie z owego gościńca oraz ruin sporego pałacu. Była tam jeszcze droga, transgraniczny most i mnóstwo postaci, może sławnych i ciekawych, ale mocno statycznych i niechętnie nawiązujących kontakt werbalny. Nawet Michael Jackson na nartach się nie ruszał, nie gadał i co gorsza, lub co lepsza, to zależy, nie śpiewał. W piątkowe popołudnie w kierunku Niemojowa ruszyła istna lawina wszelkich maszyn, zarówno dwu jak i czterokołowych, o różnych porach i różnymi trasami. Ja ostatnio bardzo lubię samotne jazdy, więc zaraz po pracy i lekkim obiadku ruszyłem przez Czechy do Niemojowa. Pierwsze prawie 100 km minęło bardzo miło, słoneczko, ciepło, suche drogi, motor sam rwał się do galopu. Bardzo wyciągniętego galopu. Niestety, zaraz za Ostrawą sytuacja uległa diametralnej zmianie – napłynął wał ciemnych chmur, zrobił się półmrok i zaczęło lać. Zajechałem na Shell i ubrałem wszystkie kondomy. Dalsza jazda autostradą i potem drogą czteropasmową przebiegła szybko i sprawnie. A potem nastała noc, drogi zrobiły się wąskie, kręte, posypane grubą warstwą liści. I pędziłem tymi drogami, w świetle reflektorów leciały krople wody, po szybie płynęły strumyki, a drzewa w szalonym pędzie uciekały w tył. I tak jakoś zajechałem na miejsce. Przywitałem się, przebrałem i witaliśmy kolejne nadjeżdżające osoby. I przyjeżdżały ociekające wodą samochody i motory. Aż nastała pora kolacji. Zasiedliśmy wszyscy w sali jadalnej i na stół zostały wniesione wazy z zupami, bigosy, a na sam koniec wielki udziec. Do końca nie wiemy, jakie zwierzę użyczyło nam swojego udźca, ale udziec był wielki, wypaśny, mięciutki i bardzo dobry. Do fachowego podzielenia udźca wytypowaliśmy największego fachowca w dziedzinie sprawiedliwego podziału jedzenia na stole oraz w dziedzinie udźców jako takich. I Jacek podjął się ochoczo tej czynności i poszła mu ona bardzo sprawnie. Wszyscy dostali spory kawał mięsiwa i jeszcze niemało zostało na dokładki. A potem nastąpiły nocne Polaków rozmowy, nierzadko zakrapiane. I tak nastała noc. Rankiem zbudziłem się i poszedłem na spacer po okolicy. Pogoda była nieszczególna – prawie nie padało, ale wszystko oblepiała mgła mocząca wszystko na wylot. Przeszedłem się nieco po okolicy i zauważyłem auto Jacka z otwartymi na oścież wszystkimi oknami. Wywołałem go przez telefon i długo zastanawialiśmy się jak do tego mogło dojść. I wyszło, że auto samoczynnie postanowiło się przewietrzyć. Ma czujnik smrodku, czy co? Na plac zeszło jeszcze paru chłopaków i poszliśmy do tyłu pooglądać ruiny wielkiego zamczyska ? pałacu? Stan ich był nieszczególny, ale wydaje się, że coś się będzie działo. Po dokładnych oględzinach wróciliśmy do Gościńca na pyszne śniadanko. Zjedliśmy co dali, wypiliśmy i Andy kazał wszystkim motocyklistom jechać przez góry krętą, straszną, pełną okropnych zakrętów trasą i do tego w zimnie i totalnej mgle. Na dodatek Andy namaścił mnie na egzekutora tego makabrycznego pomysłu. Więc chcąc niechcąc, położyłem uszy po sobie, nastawiłem GPS i ruszyliśmy. Początkowo trasa wiodła wąskimi, krętymi dróżkami we mgle i jesiennych liściach, by potem wyprowadzić na główniejsze drogi. Z Czech pojechaliśmy do Międzylesia, zatankować oraz nabyć środki płatnicze obowiązujące w zaprzyjaźnionym kraju słowiańskim. Wróciliśmy do Czech, by znów wąską trasą, omijając Kraliki dotrzeć do Czerwonej Wody. Tu skręciliśmy w prawo i szerokimi, fajnymi winkielkami pomknęliśmy do Jabłonnego nad Orlicą. Stąd dalej na zachód do Żamberca, a następnie wąskimi dróżkami do parkingu pod systemem bunkrów Haniczka. Na parkingu porzuciliśmy motory i już piechotą podreptaliśmy kawałek pod bunkry. Ten kawałek okazał się sporym kawałkiem i na miejsce dotarliśmy rozgrzani by nie rzec nieco zdrożeni. Wrzuciliśmy po Langoszu, jakimś piciu i zagłębiliśmy się w przepastnych otchłaniach bunkrów. Najpierw była rozgrzewka w postaci oglądania lekkich, ręcznych zabawek, powszechnie używanych we wszystkich bunkrach. Najbardziej przypadły nam do gustu samopały maszynowe. A potem były niekończące się schody w dół, do korytarzy transportowych i pomieszczeń gospodarczych. A było co oglądać i znów padło parę kilometrów podziemiami. Bunkry zwiedzaliśmy w dwóch grupach – czeska pod przewodnictwem pani przewodnik, oraz polska – pod wodzą Schizma. Schizm dostał do czytania znacznie krótszy tekst, niż miała pani czeska, więc, żeby nasze grupy posuwały się w mniej więcej równym tempie musiał sporo improwizować. W końcu w pocie czoła wydostaliśmy się schodami do nieba, schodami, o których powstał całkiem ładny utwór wojskowej orkiestry o nazwie Led Zeppelin (sądząc z nazwy Zeppelin jest to niemiecka orkiestra sił powietrznych Luftwaffe). Po wyjściu z podziemi ruszyliśmy ochoczo w kierunku pojazdów. Po tak wyczerpującym przemarszu dalszy kierunek mógł być tylko jeden – zupa czesnakowa. I tak pojechaliśmy na ryneczek do pobliskiego miasteczka Rokytnice w Górach Orlickich. Zaparkowaliśmy przed knajpką o wdzięcznej nazwie Rampuszak i zjedliśmy nienajgorszą zupkę oraz wypiliśmy kawę. Zbliżała się pora kolacji, ale nieubłagany i zupełnie pozbawiony litości Andy nie pozwolił wrócić do Gościńca, tylko kazał nam jechać dalej do Neratova. No to chcąc nie chcąc pojechaliśmy. Bez większego problemu dotarliśmy do wsi i wjechaliśmy pod samo wejście kościoła. A było co oglądać, stary kościół, spalony w czasie wojny, odbudowali i przykryli szklanym dachem. Wrażenie super. Z Neratova pojechaliśmy już prosto do Gościńca, gdzie czekała na nas pyszna kolacja. Zaraz po kolacji pani rozpaliła nam ognisko i kazała opiekać kiełbasy. Ponieważ mało komu chciało się to robić, kilku ochotników poszło i piekło je masowo. I tylko na koniec pojawił się problem konsumpcyjny – okazało się, że każda pani musi zjeść kiełbaskę swojego męża, a niektóre spożyły cudzego. Ponieważ tego problemu nie udało się w żaden sposób rozwikłać, poszliśmy spać. Niedzielny poranek powitał nas chłodem, ale i słońcem. Wylegliśmy na plac pooglądać motory i porozmawiać. W końcu nadeszła długo oczekiwana pora śniadania. Po pysznym jedzonku kolejne osoby poznosiły rzeczy do maszyn, pożegnały się i odjechały. W końcu nadszedł czas na wyjazd 7-motorowej grupy, która planowała powrót do domów drogą może i krótką, ale bardzo zagmatwaną i pełną pięknych przełęczy, zakrętów i jesiennych krajobrazów. Drogą o nawierzchni urągającej nazwie droga pojechaliśmy do Międzylesia, skąd już lepszą trasą dojechaliśmy do Bystrzycy Kłodzkiej. Tu skręciliśmy znów na wschód by przez bardzo malowniczą przełęcz, Czarną Górę dotrzeć do Stronia Śląskiego. Ze Stronia, przez Lądek, znów piękną górską, krętą trasą, przez Przełęcz Lądecką wjechaliśmy do Czech i zjechaliśmy do Jawornika. Dalej mknęliśmy wąskimi, pustymi drogami o dobrej nawierzchni przez rzadkie i malownicze wsie i miasteczka. Z założonego kierunku wybiła nas konieczność zatankowania maszyn, więc skręciliśmy na południe do Jesionika. Znaleźliśmy stację i pojechaliśmy znowu przez przepiękną przełęcz Rejviz w stronę Złotych Gór. Na przełęczy stanęliśmy na małe jedzonko i picie w bardzo miłej knajpce. Po jedzeniu zjechaliśmy w dół do Złotych Gór by przez kolejną przełęcz zjechać do Petrovic, Dziewczęcego Zamku i wrócić do Polski pod Głubczycami. Dioboł Mikiego, zaraz po przekroczeniu granicy zastrajkował, i powiedział, że dalej na głodnego nie pojedzie ani metra. Wobec takiego żądania pojechaliśmy na poszukiwania jedzonka i picia dla Diobła. Zakupiliśmy 1 litr paliwa i przywieźliśmy uparciuchowi. Podkarmiony pysznym wysokooktanowym napojem ruszył radośnie dalej. Dalsza trasa przebiegała już rutynowo, przez dobrze znane nam ziemie Opolszczyzny, czyli Kędzierzyn, Rudy, Rybnik do Orzesza. W Orzeszu wykonaliśmy obowiązkowego niedźwiadka i każdy rozjechał się we właściwym, mam nadzieję, kierunku. I tylko Wechu pojechał ze Schizmem wziąć na klatę gromadzące się nad Kolegą niebezpieczne chmury burzowe, by nie rzec tajfuny i huragany stopnia piątego.


Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V