Wysoczyzna

 Nastało względnie ładne piątkowe popołudnie. Na południe Czech ruszyły nieprzebrane stada stalowych rumaków. A najpewniej było ich siedem. Do późnego wieczora podwórko u Jerzego wstrząsane było hukiem motocyklowych wydechów. W końcu wszyscy udali się na zasłużoną kolację do Urbana, gdzie wygłodniałe żołądki napełniali całkiem dobrym jedzonkiem, oraz co ważniejsze piciem. Bo jak wiadomo, najgorzej jest się odwodnić. Po zakończeniu kolacji wszyscy krokiem stonowanym wrócili do gościnnego pensjonatu Euro, by po krótkich rozmowach udać się na spoczynek. Nastał sobotni poranek. Prognozy na weekend nie były przesadnie optymistyczne, ale na razie nie lało. A co ciekawsze nawet trochę świeciło słoneczko. Punktualnie o ósmej cała ekipa rzuciła się na pyszne śniadanko i po jego spożyciu na placu zaczęły pojawiać się kolejne odpowiednio ubrane postacie. O 9:00 kolumna 7 motorów ruszyła na południe. Najpierw tankowanie i po chwili pędziliśmy przez ładne austriackie drogi. Początkowo powszechnie znaną drogą nr 7 na Wiedeń, ale po kilku kilometrach w Drasenhofen skręciliśmy w prawo na Laa. Dalsza trasa prowadziła przez malownicze wzgórza, wioski pełne winnych piwniczek oraz winnice ciągnące się po horyzont. Było tak ładnie, że początkowo nie zauważyliśmy, że dość niebieskie niebo przybrało ciemnoburą barwę i nie wyglądało optymistycznie. W Laa niebo już nie budziło wątpliwości - poleje. Więc na przydrożnym parkingu ubraliśmy stosowne odzienia, co było dobrym pomysłem, bo rzeczywiście zaczęło dość intensywnie lać. Na szczęście, nim dojechaliśmy do pierwszego celu pogoda się poprawiła i deszcz się skończył. Przed samym Znojmem zatrzymały nas opuszczone szlabany i lokomotywa jeżdżąca tam i z powrotem. Wyglądało na to, że szuka zagubionego pociągu. W końcu na bocznicy chyba rzeczywiście podpięli ją do krótkiego składu. Potem jeszcze kawałek polną drogą i po chwili dojechaliśmy do wsi Szatov. Na pierwszy ogień poszła ładnie utrzymana linia umocnień z lat trzydziestych, a dokładnie ciężki bunkier "Zahrada", co znaczny "Ogród". Po chwili bunkier otworzył swoje przeciwpancerne podwoje i mogliśmy zobaczyć jak żyli sobie w nim czescy wojacy. Niestety pan przewodnik był delikatnie mówiąc daremny i czytał tekst z kartki. Dobrze, że choć czytać umiał. Pooglądaliśmy sale bojowe, zaplecze, a nawet tak intymne miejsca, jak kuchnie, sypialnie (w jednej była nawet panienka), czy łazienki. Było sporo sprzętu bojowego, niestety, chyba nie był sprawny, bo za cholerę nic nie chciało strzelać. Po zwiedzaniu bunkra podjechaliśmy na drugi koniec wsi do Malowanego Sklepiku. Piwnice wydrążone w piaskowcu zostały wymalowane przez ludowego artystę Maximiliana Apeltauera. Pracował nad tym przez 36 lat i narysował tu obrazy ze swojego życia. W czasie wojny stracił rękę pomimo tego malował dalej. Z Szatova pojechaliśmy do pobliskiego Znojma i zaparkowaliśmy na ryneczku. Z miejscem było krucho, ale powciskaliśmy motory w różne dziury miedzy kwietnikami i samochodami. Miało to tego plusa, że uznaliśmy, ze za takie miejsca nie ma co płacić i olaliśmy wszelkie opłaty parkingowe. Ruszyliśmy na podbój miasta, ale marsz był krótki - uwagę naszą przykuła pobliska restauracja. W tej sytuacji weszliśmy do środka i każdy zjadł i wypił na co miał ochotę. Po takim obżarstwie nikt nie miał ochoty na atakowanie podziemi, więc spacerkiem przez miasto poszliśmy w kierunku browaru i najstarszego zabytku, czyli Rotundy św. Katarzyny z XI wieku. Sama rotunda była zamknięta, ale widoki na miasto i dolinę Dyji przednie. Do motorów wróciliśmy snując się starymi, wąskimi uliczkami Znojma, koło kościoła św. Marcina i św. Wojciecha. Kolejnym celem był zamek w Vranowie nad Dyją. Zamek prezentował się niezwykle malowniczo na skałach wysoko nad lustrem wody, był trudno dostępny samochodem, bo parking na dole, a droga piesza stroma i długa. Pojechaliśmy więc i choć zapewniałem Neila, że padać nie będzie, po chwili lało jak z cebra. Bardzo na tym ucierpiała moja wiarygodność. Na przypadkowo napotkanej stacji paliw ubraliśmy kondomy o po chwili wpakowaliśmy się na jakiś placyk koło zamku. Co prawda placyk był ogrodzony słupkami, ale motory przeszły między nimi. Poszliśmy na zwiedzanie. Sam zamek jest bardzo ładny, przez wiele lat stanowił własność rodzin Mniszków i Stadnickich. I czemu nie został w polskich rękach ? Zamek pozwiedzaliśmy sumiennie i na koniec z komnat wyszliśmy w niezłą zlewę. Poubieraliśmy się przy motorach i pojechaliśmy do Mikulova. Wieczorem tradycyjnie kolacja u Urbana i wycieczka po mieście. Zajrzeliśmy na rynek, do zamku, a część poszła do nowo odkrytej knajpki serwującej ponoć dobre piwo. I tak nastała niedziela Rano tradycyjnie chwila przy motorach, a o 8:00 całkiem dobre śniadanie. Po śniadaniu część uczestników wyjazdy pożegnała się i pojechała do domów, a część wybrała sie na dalsze zwiedzanie. Na pierwszy ogień poszły piwnice w Valticach. Sam zamek zwiedzaliśmy czasie poprzedniego pobytu, więc teraz skupiliśmy się na jego podziemiach. Zaparkowaliśmy na placu przed wejściem do podziemi i razem z miłym panem poszliśmy na zwiedzanie lochów. A te były duże. W dawnych czasach Lichtenstein jeździł po nich powozem. A my musieliśmy piechotą. Snuliśmy się korytarzami wśród ogromnych beczek, z których największa miała 10.000 litrów pojemności. Poznaliśmy tajniki produkcji win, technologię barrique, oraz zobaczyliśmy dwie prasy do winogron - dużą i małą. Do dużej na jeden raz wchodziło 7 ton winogron. W piwnicach były też boksy na kilkadziesiąt butelek do wynajęcia. Koszt tej usługi to 1000 koron na rok, w cenie możliwość zajrzenia do nich na telefon. Zakupiliśmy parę flaszek i pojechaliśmy do Czejkowic. W Czejkowicach jest zamek templariuszy oraz spore piwnice założone przez ten skąd inąd ciekawy zakon. Zamek nam się nie spodobał, ale piwnice i owszem. Znów setki metrów wzdłuż beczek. Zobaczyliśmy największą czynną beczkę w Czechach - 22.000 litrów. Beczka zbudowana została w latach 80-tych XX wieku na Słowacji w Bańskiej Sztiawnicy. I znów trochę zakupów. Rycho się odłączył i pojechał do domu, a my przez słynne wzgórza Austerlitz, gdzie Napoleon przetrzepał skórę cesarzom Austrii i Rosji pojechaliśmy do sanktuarium Cyryla i Metodego w Welehradzie. Sumiennie pooglądaliśmy bazylikę, bezskutecznie szukaliśmy obrazu Jana Matejki i na koniec poszliśmy do pobliskiej knajpy na obiadek. Obiadek nie był zły, choć nikt się nie skusił na egzotyczną potrawę z krokodyla. Po obiadku ruszyliśmy w stronę domów. Pod Żorami jeszcze jedna zlewa i po chwili zadowoleniu meldowaliśmy się we własnych garażach


Wyprawy

<< Sierpień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V