Rozpoczęcie sezonu

Dawno, dawno temu Kolega Jurek stał się ochotnikiem z łapanki na organizatora tegorocznego Rozpoczęcia Sezonu. Jurek znany jest ze swego perfekcjonizmu i zaangażowania, więc z zapałem wziął się do roboty. Wynajął wypaśny ośrodek pod Pyskowicami i wynegocjował warunki naszego pobytu, oraz co ważniejsze megawypaśne menu. Było ono bardzo bogate, a wszystkie potrawy dobre i ładnie podane. W menu było nawet trochę potraw zdrowych, na szczęście znakomita większość była zupełnie niezdrowa, a przez to smaczna i pożądana przez nasze organizmy. Potem Jurek zaprojektował trasę na sobotnią przejażdżkę. Trasa ta została utajniona, a stopień jej utajnienia przerósł nawet najtajniejsze tajemnice państwowe. Świadczy to o dużej sprawności Organizatora w temacie wyłapywania podsłuchów i podglądów masowo zakładanych w naszym kraju przez obce służby wywiadowcze – zarówno cywilne, jak i wojskowe. Czuję, że Jurek wkrótce zostanie konsultantem państwowym ds. utajniania najtajniejszych tajemnic. Po zakończeniu wszelkich przygotowań pozostało oczekiwanie na nadejście TEGO dnia. Okres oczekiwania wypełniony był możliwością wpisywania się na listę uczestników oraz uiszczania. I tu z przykrością muszę zauważyć, że oba te procesy postępowały opornie i spowodowały duży niepokój Organizatora, a nawet próby wyrywania sobie włosów z głowy. Włosy Jurka na szczęście trzymały się dobrze, więc uległy jedynie znacznemu naciągnięciu, przez co Jurek chodził po ośrodku potrząsając dumnie imponującą grzywą. Dodatkowym strapieniem Organizatora, ale i pozostałych uczestników, były prognozy pogody. Wszystkie, jakby się zmówiły, wieściły opady deszczu niczym nie ustępujące biblijnemu potopowi. A może nawet były gorsze, ponieważ co odważniejsze prognozy przewidywały dodatkowo oziębienie, śnieżyce, wichury, a może i koniec świata. I Jurek każdą z nich szczegółowo analizował, przyglądał się im z bliska używając do tego różnych szkieł korekcyjnych, których jak wiemy, Jurek ma w domu pokaźny zapas. Na szczęście przed samym wyjazdem na imprezę prognozy powoli zaczęły się zmieniać na lepsze, odpuściły nam deszcze, oberwania chmur, śnieżyce, zawieje i zamiecie, skupiając się na samym ochłodzeniu. W tej sytuacji cieszyliśmy się z przychylności prognoz dla naszego spotkania i radośnie owo ochłodzenie zaakceptowaliśmy. W piątkowe popołudnie w kierunku Pyskowic zaczęło się przemieszczać sporo motorów, a ponadto kilka samochodów. Ku naszemu niekłamanemu zdziwieniu jednym z pierwszych uczestników okazał się Rycho. Albo przez zimę bardzo czuł się wygłodniały motocyklowego rzemiosła, ale pomylił dni tygodnia i myślał, że to już sobota, a może nawet niedziela. W każdym razie miło sobie siedzieliśmy przy piwie, czy kto co chciał spożywać, tylko wyskakiwaliśmy na dwór na dźwięk kolejnego motoru. W końcu nadeszła długo oczekiwana pora obiadu. Obiad był bardzo dobry i został spożyty w należytym skupieniu. Po obiedzie, niezwłocznie przeszliśmy do sąsiedniej sali, gdzie czekała na nas niezła kolacja, owocki, deserki. Na gadaniu i śmiechach minęła noc, a przynajmniej jej pierwsza część. Nastał sobotni poranek. Z dużym uznaniem wyrażam się o ludziach odpowiedzialnych za pogodę. Udało im się na czas zażegnać uprzednio zaplanowane opady, wichry i słoty. Było słonecznie, choć rześko. Dobra robota, Panowie. Wyszedłem na przedśniadaniowy spacer pooglądać jeziorko, kaczki, rybki a nawet spory galeon zakopany w głębokim piasku. Znalezisko to świadczy niezbicie, że kiedyś było tu morze. Najpewniej zanieczyszczenia powietrza, niska emisja związana z paleniem w domach mułem i flotem, związane z tym zmiany klimatu spowodowały wyschnięcie morza, czy nawet praoceanu i osadzenie statku na mieliźnie. Dokładnie pomiędzy ósmą, a dziesiątą było śniadanie. Z uwagi na obecność konkurencyjnej grupy wszyscy zjawili się na początku w obawie przed wyjedzeniem przez nią co lepszych kąsków. O 9:45 członkusie ubrani motocyklowo stali karnie koło motorów, ponieważ Jurek zapowiedział, że o 10:00 ruszamy niezależnie od pogody, sytuacji politycznej czy ewentualnych innych bardziej przyziemnych problemów. I rzeczywiście ruszyliśmy o wyznaczonej porze, co świadczy o bezprzykładnej sile przekonywania Pana Organizatora. Pierwszym naszym celem była stacja benzynowa w Kędzierzynie. Spragnieni napoili swoje maszyny i w pięknej kolumnie pojechaliśmy dalej na zachód. Bez większych problemów dotarliśmy do Mosznej, gdzie po sforsowaniu szlabanu ustawiliśmy maszyny w przykładnym szeregu przed wejściem do zamku. Niestety, pomimo zaplanowanego zwiedzania całe towarzystwo wpadło do środka i zaczęło tulić się do kaloryferów, mebli tapicerowanych, a nawet do automatów z kawą czy herbatą. Co bardziej zdesperowani pobiegli do klopików, gdzie w lubością nadstawiali zsiniałe kończyny pod strumień ciepłej wody. Nawet Jurek musiał uznać wyższość przyziemnego pragnienia rozgrzania ciał nad wiedzę płynącą z ust pani przewodniczki i odpuścił nam zwiedzanie. Dzięki godzinnemu pobytowi w zamku rozgrzaliśmy się znacząco, a dodatkowo poznaliśmy uroki i piękno starego zamczyska i jego parku, choć bardzo wyrywkowo (głównie miejsca emitujące ciepło). Błogi stan rozgrzewania przerwał huk kilku wydechów - To Miki Group jakimś cudem sforsował ogrodzenie i dotarł na dziedziniec zamkowy. Z Mosznej przejechaliśmy szybko do pobliskiego Prudnika zobaczyć Wieżę Woka. Szacowną budowlę zdobyliśmy lekkim truchtem wdzierając się krętymi schodami na najwyższy podest. Czekał tam na nas pan przewodnik i opowiadał mrożące krew w żyłach przygody niedobrowolnych mieszkańców wieży, ze szczególnym uwzględnieniem jej więzienia. Głęboka znajomość tematu i panujących w tutejszym więzieniu zwyczajów nasuwa wątpliwości, czy aby pan przewodnik nie poznał wieży bardzo dogłębnie. Po biegu na bądź co bądź wysoką wieżę wszyscy poczuli głód straszliwy i nie oglądając się za siebie pognali pędem w kierunku knajpki oferującej smakowity i długo wyczekiwany obiad. A owo nieoglądanie się za siebie spowodowało, że nie zauważyli braku Anki w panice przeglądającej zawartość pobliskiego klopika w poszukiwaniu swych rękawiczek. Na szczęście w drodze wyjątku zostałem dopuszczony do świętej tajemnicy trasy i po wydobyciu rękawiczek z klopicznych czeluści spokojnie dotarliśmy na miejsce. Knajpa była urocza. Przed nią stał w małej kałuży okręt piracki, najpewniej ofiara tego samego osuszenia morza, które uwięziło statek w naszym ośrodku. Przed wejściem stał pirat na drewnianej nodze, w pozycji zdradzającej niezłomną wolę walki. A walczył ów pirat głównie z kornikami zjadającymi ze smakiem jego drewnianą nogę. Rozsiedliśmy się wygodnie przy stołach, a że menu knajpki znaliśmy na pamięć, bez żadnego napięcia oczekiwaliśmy wcześniej zamówionych potraw. Po pewnym czasie potrawy zajechały na stoły, a my cieszyliśmy się niepomiernie, jak panie kelnerki wywoływały kolejnych uczestników zwrotami: Pan/Pani i tu ksywka. Po obiadku ogarnęło nas lenistwo błogie i jakimś cudem udało się nam przekonać Jurka, że dalsza jazda nie ma sensu i należy spożyte w pocie czoła jadło dowieść jak najszybciej do ośrodka by tam strawić je w skupieniu należytym. Wobec tego ruszyliśmy w kierunku bazy. Po drodze widziałem, jak Beti lekkim driftem próbowała dopaść biednego pieska przebiegającego drogę, ale cudem jej uszedł. Po dotarciu do ośrodka okazało się że w czasie naszej nieobecności pojawiło się mnóstwo nowych i dawno nie widzianych twarzy. Wobec tego zaczęliśmy się wszyscy radośnie witać. Jak wiadomo wszelkie uczucia wyższe nasilają uczucie głodu (nie wiem, czy aby głód nie jest uczuciem najwyższym ?) więc z dużym entuzjazmem impreza przeniosła się do sali jadalnej, gdzie czekał już na nas plując iskrami udziec. Udziec ów okazał się być smaczny i został szybko wchłonięty przez wygłodniałych uczestników. Po sutym posiłku nastał czas na zimne przekąski, owoce i inne desery. Było nawet tuste. Wieczorem Jurek przyniósł szacowne nożyce, obwiązał parę kolumn taśmą, podał szampana i kazał mi ową taśmę pociąć. Pomimo szumu w głowie spowodowanego albo szampanem, albo systemem nagłaśniającym, w końcu uporałem się z taśmą i fakt ten wg Jurka przesądził o rozpoczęciu nowego sezonu. Wszyscy bardzo sie ucieszyli, bo brak sezonu i związane z tym utrudnienia w jeździe motorami wszystkim bardzo doskwierały. Po usadzeniu gości przy stole Jurek rozdał prześliczne prezenty. Podstawą był kieliszek metalowy imienny, z logo Klubu, o dwóch pojemnościach. Potem nastała pora hulanek i swawoli. Oglądając fotki z tego okresu wydaje się, że najwięcej hulałem w Mikim gnając po całej sali w rytm pieśni masowej - czyli międzynarodówki, a swawoliła głównie Anka z Wiolą goniąc się po stole i drażniąc męskie uczucia - głównie Krisa i Gutka. Na zakończenie imprezy wystąpił zespół taneczny Motorboys pokazujący swój popisowy numer, zazwyczaj kończący się licznymi urazami, ranami, czy nawet złamaniami. Tym razem wszystko się udało i nasi dwaj ortopedzi nie mieli nadmiaru pracy. Nastał niedzielny poranek. Tradycyjnie trochę się gadało, trochę się zjadło i gościnny ośrodek opuszczały kolejne motory jadąc w sobie wiadomych kierunkach. Na placu boju zostało tylko kilka osób, bezgranicznie szczęśliwych, że można już jeździć bez przeszkód do samej jesieni.

 



Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V