Eger

Po zakończeniu nauczania w Krakowie ruszyliśmy ostro na południe. Po ponad godzinie jazdy przez Kraków, stania w licznych korkach wydostaliśmy się wreszcie na Zakopiankę. Pędząc dalej dotarliśmy do naszego ulubionego zajazdu u Gazdy pod Nowym Targiem. Po zjedzeniu obiadku pojechaliśmy dalej na Słowację. Przebijaliśmy się przez kolejne górskie pasma, aż nastała noc. W końcu przekroczyliśmy granicę słowacko - węgierską i wjechaliśmy na tereny Madziarów. Jakość dróg gwałtownie spadła, asfalt był nierówny i dziurawy, jechało się źle. Jednak w końcu zajechaliśmy do Egeru i stanęliśmy przez naszym pensjonatem. Zameldowaliśmy się, odebraliśmy klucze wnieśliśmy bagaże i poszliśmy schować autko na parking. Po tych skomplikowanych czynnościach szybko wpadliśmy do knajpki na zupkę rybną i jakieś całkiem dobre winko. Potem poszliśmy do naszej kultowej piwniczki nr 2, gdzie część ekipy już siedziała i degustowała kolejne trunki. Niezwłocznie przystąpiliśmy do degustacji uszczuplając zapasy piwniczki o ładnych kilka litrów całkiem dobrych napojów. Czynności te umilała nam węgierska kapela grające różne, głównie polskie standardy, ze szczególnym upodobaniem do dzieweczki, która nie wiadomo po co szła do laseczka. Orkiestra zachęcona kilkoma banknotami rozsiadła się przy naszym stole na dobre, uniemożliwiając swobodną rozmowę i degustację, wobec czego, dyskretnie, małymi grupkami opuściliśmy gościnną piwniczkę. Nasza radość była tym większa, gdy okazało się, że za spożyte w dużych ilościach wino nikt nie zapłacił. Na szczęście każdy z nas wyniósł z piwniczki po kilka butelek różnych napojów i miło kontynuowaliśmy imprezę w naszym pokoju do późnej nocy. Nastał sobotni ranek, chłodny, mglisty, nieco wietrzny. W grupie pojawiły się dwa trendy - jeden - basen w Egerze, a drugi zwiedzanie miasta. Grupa basenowa poszła moczyć się w wodzie, a grupa zwiedzaniowa po śniadaniu ruszyła w miasto. Na początek oglądnęliśmy cmentarz, cmentarz o tyle ciekawy, że wzdłuż alejek ustawione były zamykane szafki, gdzie najpewniej chowają słoiczki w doczesnymi resztkami swoich najbliższych. Z cmentarza przeszliśmy w stronę bazyliki. Po drodze snęliśmy pod pomnikiem upamiętniającym jakieś ważne chwile historii Węgier, niestety, poza mapą tego kraju pozostałe informacje były dla nas zdecydowanie niejasne, pomimo tekstu napisanego w klasycznej węgierszczyźnie. Poszliśmy więc pod bazylikę. Na początku próbowaliśmy wejść przez główne wejście, ale pomimo wyjątkowej skoczności naszych Kolegów, do klamki nie udało się nikomu dosięgnąć. Tak więc chcąc nie chcąc weszliśmy wejściem bocznym. Bazylika bardzo nam się podobała. Po wyjściu znaleźliśmy wejście do miejskich podziemi, gdzie dawniej były składowane wina. Niestety, za czasów komuny wino zostało wywiezione w nieznane, a może znane, tylko ściśle utajnione, więc pleśń porastająca ściany korytarzy wyginęła. I tak piwnice zostały bezpowrotnie stracone dla ludzkości. A przynajmniej tej jej części, która lubi wina egerskie. Po długim marszu przez pachnące winem podziemia poczuliśmy dotkliwy spadek poziomu wina we krwi, więc pognaliśmy do centrum w celu poszukiwania miłego lokalu serwującego egerskie wyroby. Znaleźliśmy knajpkę, wypiliśmy to i owo, troszkę zjedliśmy i poszliśmy dalej. Kolejnym naszym celem był deser. Na deser wybraliśmy walcowate twory o różnych smakach, prosto z piekarnika, zwane po słowacku trdelnik, po węgiersku ich nazwa była jeszcze bardziej niewymowna i niezrozumiała. Potem zobaczyliśmy rynek z pomnikiem Dobo Istvana, który bardzo intensywnie bił Turków. Bił ich czym popadło i tak przeszedł do historii węgierskiego oręża. Potem zobaczyliśmy kościół Minorytów - bardzo ładny przykład węgierskiego baroku. Z rynku poszliśmy na zamek. Sumiennie zwiedziliśmy wszystkie zakamarki i muzeum. Potem zeszliśmy w dół, gdzie znaleźliśmy wytwórnię marcepana. Kupiliśmy trochę łakoci i poszliśmy pod minaret - najdalej na północ wysunięty zabytek Imperium Osmańskiego. Weszliśmy na górę i spojrzeliśmy ma świat okiem muezina. A świat wydał nam się jakiś inny. Jakby ciemniejszy. A może to słońce zachodziło? Więc czym prędzej zeszliśmy na dół i wróciliśmy do pensjonatu. Do kolacji było jeszcze trochę czasu, więc poszliśmy do piwniczki. Trochę z duszą na ramieniu, czy nas nie rozpoznają, i czy przypomną sobie niezapłacony rachunek ? Ale jakoś się udało. Pokosztowaliśmy znowu kilku win, nikt do nas nie miał pretensji o piątkowe przestępstwo. Gdy nadeszła pora kolacji przeszliśmy do naszego pensjonatu do restauracji. Cała grupa rozsiadła się przy długim stole i rozpoczęliśmy degustację kolejnych potraw oraz kolejnych win. A do obiadu grała nam kapela multiinstrumentalna. złożona z cymbałów, skrzypiec i wiolonczeli. Że o operatorach tego sprzętu nie wspomnę. Wieczór minął bardzo miło i w końcu rozeszliśmy się do spania. Niedzielny poranek był zimny i mglisty. Zjedliśmy śniadanie wcześnie, pożegnaliśmy się z osobami, które też już wstały i pojechaliśmy w stronę domu. Po wjechaniu na teren Słowacji pogoda zdecydowanie się poprawiła. Miłymi górskimi trasami dojechaliśmy do Beszenowej, gdzie w cieplutkiej wodzie pomoczyliśmy nasze ciałka. A potem już tylko jazda do domu. W drodze powrotnej stanęliśmy we Vrutkach na obiadokolacji w naszym Chopperclubie, gdzie po chwili dojechała ekipa Wecha. A potem przygoda się skończyła.


Wyprawy

<< Grudzień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V