Zakończenie sezonu

W wilgotne, by nie rzec deszczowe popołudnie nad jezioro Turawskie zaczęły ściągać watahy motocykli. Część z nich zajechała jeszcze za dnia, ale większa połowa tłukła się po wąskich, krętych leśnych dróżkach po nocy. Jednym z pierwszych przybyszów okazał się Rycho, co jednoznacznie świadczyło, że był przekonany, że spotkanie zaczyna się czwartek. W środku ciemnej nocy do Zielonego Hotelu zjeżdżali ostatni maruderzy. Dokładnie mniej więcej po 19:00 na stoły wniesiono obiad. Po kolacji do późnej nocy trwały nocne Polaków rozmowy. W celach zdrowotnych w środku nocy wyszliśmy na plac, żeby zażyć nieco ruchu. W tym celu spacerowaliśmy alejkami, kręciliśmy się w tempie zawrotnym na karuzeli, huśtaliśmy się na konikach, a nawet próbowaliśmy rozegrać mecz szachy kontra warcaby. Jako piony stanęliśmy na szachownicy własnymi osobami, ale z uwagi na spore siły witalne figur, oraz jednak pewną niezgodność pomiędzy dopuszczalnymi ruchami obu przeciwnych drużyn gra szybko się skończyła. Podejrzewam nawet, że chyba się nie rozpoczęła. Nasze wylegnięcie na plac skrzętnie wykorzystała pani z hotelu i zamknęła na klucz drzwi wejściowe. I tak zostaliśmy odcięci od źródełka i staliśmy na podwórku o suchych buziach. W tych dramatycznych okolicznościach udaliśmy się na spoczynek. Miało to swoje dobre strony, ponieważ rano wstaliśmy na śniadanie na czas i w pełnym zdrowiu psychofizycznym. Po śniadaniu wybiła chwila wyjazdu. Pogoda miała być słoneczna i piękna, więc mżący od czasu do czasu deszczyk nijak do niej nie pasował. W końcu sami się nawzajem przekonaliśmy, że twardym być trza i ruszyliśmy przed siebie. Pierwszym naszym celem był zamek Piastów Śląskich w Brzegu. Zajechaliśmy z hukiem na Plac Zamkowy i pooglądaliśmy wiekowy obiekt z zewnątrz i od strony dziedzińca. Potuliliśmy się do panienek z zamkowej fontanny, zawiedzionym wzrokiem popatrzyliśmy na zamkniętą studnię i spragnieni poszliśmy do kościoła Podniesienia Krzyża zobaczyć kolorowe freski. Z Brzegu bez większego problemu zajechaliśmy na stację benzynową i pognaliśmy dalej do Namysłowa. W tym zacnym grodzie przejechaliśmy przez Bramę Krakowską, w której pewnie na naszą cześć podniesiono kratę i stanęliśmy pod kościołem Piotra i Pawła. Kościół ten pochodzi z XV wieku, więc jest starszy nawet od najstarszych członków naszego Klubu. Pooglądaliśmy gotycki budynek i ołtarze i poszliśmy na rynek. Po drodze znaleźliśmy wytwórnię i smażalnię frytek o wdzięcznej skąd inąd nazwie Gucio. Niestety, zapachy rozchodzące się z przybytku świadczyły najpewniej o smażeniu frytek na przechodzonym oleju z miejskich autobusów, a być może nawet traktorów z okolicznych pól. Na rynku, zamiast napawać się urokiem figlarnej fontanny, rozłożystego ratusza bractwo rzuciło się na kawę i inne słodycze w rynkowej kawiarence. Cieleśnie zregenerowani udaliśmy się do Byczyny zobaczyć nowo wybudowany historyczny gród rycerski. Gród nie wzbudził należytego entuzjazmu, a to z powodu niedziałającej knajpy i nienależytego zainteresowania naszym przyjazdem. Nawet dział nie odpalili. Na szczęście honor grodu uratowała zbrojownia, gdzie można było się stosownie przyodziać, a nawet pookładać odwieczną bronią – głównie siekącą i bodącą. Dobre wrażenie zrobiła naprędce sklecona drużyna uzbrojona w miecze i obleczona w stosowne blachy. Najlepiej wyglądał dowódca Gutek uzbrojony w niewieści wianek i obnoszący z godnością swą niewinność. Z Byczyny jednym skokiem dotarliśmy do Chocianowic, gdzie rzutem na taśmę podreperowaliśmy nasze nadwątlone ciałka. Po małym co nieco wąskimi, ale miłymi dróżkami dotarliśmy do ośrodka. Na miejscu czekał na nas już Greg na swym ślicznym, nowym, czarnym motorku. Nastąpiło obowiązkowe oglądanie maszyny i jej możliwości. Trzeba przyznać, ze jest to kawał żelastwa. Piwo, prysznic, chwila na pogadanie i pognaliśmy poganiani pragnieniem i głodem pod wiatę, gdzie parowały już wazy z pyszną zupką oraz dymiły się ogniska. Na stołach stała stosowna zastawa oraz niezliczone flaszki w różnym kształcie i pojemności. Gdy już zaspokoiliśmy pierwszy, drugi i trzeci głód, ugasiliśmy pragnienie, pani wniosła ogromny tort ozdobiony przepięknym motorem i trzema świeczkami. Do dziś zastanawiam się nad symboliką owego tortu – czy świeczki miały oznaczać trzech solenizantów, czy ukończone trzy dziesiątki sezonów motocyklowych, czy też stanowiły sygnał, że chłopcy osiągnęli już poziom trzylatków. Po krótkiej sesji fotograficznej świece zostały zdmuchnięte chuchem potężnym, wydobywającym się z 6 płuc. Po tej uroczystości wręczyliśmy Solenizantom upominki związane tematycznie z naszą pasją, czyli rękawice motocyklowe oraz zestaw motocyklowy "Zrób to sam" do własnoręcznego składania. To znaczny nie całe motory, tylko tłoki, korbowody i wały. Dalsze elementy układanki planujemy prezentować corocznie na kolejne urodziny. Biorąc pod uwagę obecny stopień skomplikowania tych pojazdów, nie będzie problemów z wymyśleniem prezentów na najbliższe 70 lat. Po wręczeniu upominków oraz spożycia w/w tortu nastała najbardziej ryzykowna i niebezpieczna część spotkania - czyli pląsy. Dopóki na parkiet wychodziły osoby stateczne i doświadczone w tym procederze, nie było problemów. Ale z czasem na parkiet wyszły całe grupy rozjuszonych i żadnych czynu chłopców i skończyło się to tragicznie. Naśladując słynnego i żywiołowego aktora Antosia Quinna stanęli w kółeczku i mrucząc pod nosami melodię z Greka Zorby zaczęli tańczyć po grecku, czyli głównie kopać się po piszczelach. I w końcu musiało to się stać - jedna z piszczeli nie wytrzymała, tylko rozsypała się rozpaczliwie grzechocząc, jak to tylko kości potrafią. I tak nastał ranek. Zjedliśmy śniadanko i co chwilę leśną ciszę przerywał huk z mniej lub bardziej wyprutych wydechów i kolejni zlotowicze rozjeżdżali się w kierunku domów. Z uwagi na piękną pogodę i wolny czas ruszyłem z Jackiem i Rychem na północne rubieże województwa Opolskiego i Dolnośląskiego. Trasa wytyczona na mapie okazała się trasą wyjątkowo dobrze przystosowaną do jazdy motorami. Szerokość dróg z trudem pozwalała na unikanie łamania krzaków kierownicą lub innymi wystającymi elementami, np. łokciami, a mijanie się z samochodem wymuszało wjechanie do rowu. Na szczęście tych samochodów było nader skąpo. Jakoś nawierzchni też urągała, nie wiem tylko czemu lub komu, ja sobie jakoś radziłem, ale Rycho dostał choroby morskiej. W celu zapewnienia sobie komfortu wyrzuciliśmy Rycha na sam koniec - tam nie mógł nam szkodzić, tylko zwracać w samotności i w razie potrzeby. Po jakimś czasie dojechaliśmy do cywilizacji - Jacek przypomniał sobie, że musi do pracy, choć nie wiem, czy nie obawiał sie po prostu, że znowu wjedziemy w lasy. Zupełnie niepotrzebnie, bo dalej jechaliśmy lepszymi drogami. Przez Namysłów dojechaliśmy do Oleśnicy, w odwiedziny do Książąt Oleśnickich. Pooglądaliśmy zamek, bazylikę mniejszą (choć całkiem niemałą) oraz arkadowy łącznik pomiędzy zamkiem a kościołem, służący najpewniej KsieciuPanu do uczestnictwa w mszy w stroju mocno domowym. Jakaś miła pani za biurkiem pozwoliła nam na wejście na dziedziniec zamkowy, ale nigdzie dalej. Poszliśmy jeszcze na rynek, gdzie był uliczny targ staroci. Z Oleśnicy podjechaliśmy jeszcze do Trzebnicy, gdzie z wierzchy pooglądaliśmy Sanktuarium św. Jadwigi Śląskiej i szybkim skokiem podjechaliśmy na Rychoplatz. Przywitaliśmy się z Gosią i pogadaliśmy jeszcze niemało. Gosia ugotowała genialny obiadek - wielkie dzięki. Słoneczko powoli układało się do snu jak ruszyłem za wschód. Po drodze mignęła mi jakaś szaro-granatowa Yamaha prowadzona przez brodatego osobnika o zadziwiająco znajomej twarzy. Szybki przejazd A4 skutkował koniecznością tankowania przed Gliwicami i już po ciemku dojechałem do domu. Wielkie dzięki za spotkanie, a Organizatorom za przygotowanie mety i programu

 



Wyprawy

<< Grudzień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V