Pańska Skała czyli Męska Rzecz

 

W piątkowe popołudnie jak zwykle z pracy wyrwałem się za późno. Szybko do domu, obiad, ostatnie rzeczy do kufrów i ze świstem w uszach pognałem na spotkanie z Mementem. Spóźniłem się parę minut, ale nie dało się inaczej. Z Gliwic do Wrocka przemknęliśmy jednym skokiem. We Wrocku umówiliśmy się z Andym na dalszą wspólną jazdę. Ponieważ nie udało nam się uzgodnić stacjonarnego miejsca na spotkanie, powstał szatański pomysł spotkania w ruchu. Precyzyjnie obliczyliśmy czas i odległość do miejsca spotkania. Do tych działań użyliśmy równań trzeciego stopnia z 5 niewiadomymi, całkami nie do końca oznaczonymi, a nawet różniczkami. Dzięki tym działaniom algebraicznym do spotkania doszło w wyznaczonym miejscu i czasie, a nawet na właściwym pasie ruchu. Radośnie pomykając początkowo autostradą, a następnie całkiem miłymi lokalnymi drogami, przed 20:00 dotarliśmy bezbłędnie do naszej Agromureny - czyli skrzyżowania agroturystyki ze stawem, niewykluczone, że rybnym. Tu zrobiliśmy z Andym przepisowego niedźwiadka i udaliśmy sie na poszukiwanie pani. Na szczęście nie szukaliśmy długo, bo pani przyszła sama. Jak zobaczyła, że przyjechaliśmy na motorach, zaraz zaproponowała nam pokój w sąsiednim budynku, usytuowanym w bezpiecznej odległości od obiektu właściwego. Nowe miejsce nam się spodobało, było urokliwe, wyizolowane i miało swój własny parking z zamykaną bramą. Grzecznie zapytaliśmy panią, czy jest dla nas kolacja, ale pani orzekła, że nie sprosta naszym wysublimowanym podniebieniom i wysłała nas do pobliskiej knajpki słynącej z wykwintnego żarełka. I był to dobry pomysł, bo zakosztowaliśmy anielskiego smaku pierogów w sosie czosnkowym, a co ważniejsze piwa ze słynnego browaru w Lwówku. Najedzeni udaliśmy się niespiesznie z powrotem, żeby w spokoju na werandzie strawić spożyte jedzonko oraz rozwikłać nierozwiązalny problem wpływu masy na prędkość narciarza w oparciu o kanon równi pochyłej, przyciągania się dwóch ciał, spadku wolnego ciał z pominięciem oporu powietrza, wzoru na drogę i prędkość w ruchu jednostajnie przyśpieszonym. Dla ułatwienia zadania pominęliśmy problem prędkości początkowej. Problemu oczywiście nie rozwiązaliśmy, choć we flaszeczce dna jeszcze widać nie było. I tak nastał sobotni poranek. Umyliśmy buzie, ząbki i popędziliśmy na śniadanie. W czasie spożywania tego najważniejszego posiłku dnia spadł krótki, lecz intensywny deszczyk. Memento triumfował, ponieważ od dłuższego czasu wieszczył załamanie pogody. Na szczęście nasze jego prognozy nie były rzetelne i więcej nie lało. Szybko się pozbieraliśmy i ruszyliśmy w trasę. Pojechaliśmy drogą dalszej kolejności odśnieżania, a nawet może nie uwzględnionej w planie utrzymania zimowego dróg do Świecia. Z tej miejscowości jest droga prowadząca do Czech. Niestety, okazała się szutrówką i to nie najlepiej utrzymaną, więc pojechaliśmy do Leśnej i przez Miłoszów dumnie wjechaliśmy do Czech. Przez Frydlant, Jablonec, Novy Bor dotarliśmy do Pańskiej Skały. Nazwa ta przetłumaczona z czeskiego na nasze znaczny Męska Skała, nie wiedzieć dlaczego. Że sterczy - nie, chyba nie. Skałę sumiennie obeszliśmy dookoła, weszliśmy na jej szczyt, pooglądaliśmy dokładnie wszystkie bazaltowe pręty i inne kwiatki. Czując po poprzednim wieczorze naukową wenę snuliśmy teorie powstania takiego dziwu. Według mnie najbliższa prawdy była koncepcja ingerencji Obcych w wybuch wulkanu i przelania roztopionej bazaltowej magmy przez durszlak o sześciokątnych oczkach. No, może aż tak daleko się nie posunęliśmy, ale byliśmy naprawdę blisko. Czuje, że zaskoczylibyśmy śmiałością koncepcji samego Dänikena. Z Pańskiej Skały, w zasadzie emanującej wokół męskością, udaliśmy się do pobliskiej miejscowości Sloup w Czechach. Stanęliśmy bezradnie na środku wsi i rozglądaliśmy się wokół - słupa za cholerę nie było widać, w zasadzie było zupełnie płasko. Żeby nie kręcić się całą grupą, schowałem Chłopaków w kąciku, a sam pojechałem w kierunku jakiś skałek. Okazało się, że za zakrętem jest rozpaczliwie poszukiwany Sloup. Już razem zaatakowaliśmy szacowny obiekt. Jest to XIII wieczny zamek, w XVII w przez mnichów przerobiony na pustelnię. Ryły chłopaki latami w skale tworząc spore pomieszczenia o fajnej akustyce, którą z powodzeniem wykorzystywał pan skrzypek grając całkiem udanie światowe standardy. Grał tak pięknie i akustyka była tak dobra, że nawet ja rozpoznałem kilka utworów. A Memencik tak się zasłuchał, że się zgubił i musieliśmy go szukać. Poza pomieszczeniami pustelnicy kuli tez tarasiki - czyli takie wąskie ścieżynki w najstromszych i najbardziej przepastnych fragmentach skały. Podejrzewam, że tarasiki ryli w ramach kary za jakieś straszliwe przewinienia. Patrząc z tarasików w dół, obawiam, że kara owa była karą śmierci. Na pewno spadali w czasie pracy w dół jak muchy. Ze Słupa kręcąc straszliwie wąskimi, niestety na ogół słabymi drogami pojechaliśmy w stronę znanych nam już Piekielnych Dołów. Miałem nadzieję na jakąś czesnaczkę w jaskini, niestety, nieprzerwany sznur motorów pnących się do owego przybytku skutecznie obrzydził nam pomysł postoju. Wobec tego pojechaliśmy dalej na wschód, gdzie wśród gór na horyzoncie odznaczała się szczególnie jedna - najwyższa, zwieńczona wysmukłą budowlą przypominającą pistolet Rumcajsa - Jeszted. Naprawdę fajną drogą wjechaliśmy na szczyt, gdzie dorwała nas miła pani i skasowała po 60 koron od maszyny. Jak już zapłaciliśmy, nie było wyjścia, tylko trzeba wszystko sumiennie zobaczyć. Zapłacone - zobaczone. Pooglądaliśmy więc widoki, małego Marsjanina, a nawet knajpkę. Knajpka serwowała głównie fastfoody z mikroweli w cenie steku wołowego z owocami morza, homarem i langustą. Wobec tego wypiliśmy tylko kawę lub bulla i pognaliśmy w kierunku domu. Jechało się fajnie, w Libercu zaszokowały mnie tramwaje - torowisko idzie obok drogi, a przejazdy są takie, że motor nawet nie zadrżał. Czyli jednak można. A u nas się mówi, że nie. W Szklarskiej drogowskazy na Świeradów były zaklejone taśmą, ale lokalny kierowca pojazdu o mocy 2 koni niekoniecznie mechanicznych powiedział żeby jechać. Więc pojechaliśmy i było OK. Po dojechaniu do domku, szybki prysznic i pognaliśmy do naszej ulubionej knajpki. Po kolacji zrobiliśmy mały spacerek po mieście i nabyliśmy nieco lwowieckich browarków. Po powrocie okazało się, że w sąsiednim pokoju zamieszkało 4 Rusków. Andy i Memencik oglądali mecz, a ja słuchałem śpiewów naszej nowej sąsiadki. Śpiewała naprawdę fajnie. Rano, jak policzyłem liczbę flaszek pod ich pokojem wszystko było jasne. Chyba też bym zaśpiewał, choć niekoniecznie tak ładnie. Zjedliśmy śniadanie, uregulowaliśmy rachunek i pojechaliśmy do Lwówka. Pooglądaliśmy rynek, mury, ratusz i kościół, a przede wszystkim zobaczyliśmy nasz ukochany browar. W przyległym sklepiku nabyliśmy po kilka flaszeczek z różnymi gatunkami pysznego napoju i pojechaliśmy wąskimi, krętymi drogami do Legnickiego Pola. Pooglądaliśmy klasztor Benedyktynów oraz Muzeum Bitwy pod Legnickim Polem. Pokiwaliśmy z nieudawanym bólem głowami nad smutnym losem Henryka Pobożnego, którego podstępni Mongołowie trwale rozdzielili z własną głową. A może właśnie głowę z ciałem - o takich szczegółach kroniki niestety milczą. Po zwiedzaniu Memencik pożegnał się i wrócił do domu, a ja z Andym pojechałem zaskoczyć Rycha. Manewr niestety nam się nie udał, ponieważ Rycho jakoś musiał się o nim dowiedzieć i na czas opuścił dom. W tej sytuacji pojechaliśmy zaskoczyć Anię, ale się nie dała, tylko zrobiła kawę. Po kawie naszła nas ochota na ciasto, więc pojechaliśmy do Reni, gdzie czekała na nas kiełbasa w jabłkach, ciasto z lukrowym motorkiem i karczek z grilla. Pojedliśmy, popili, miło pogadaliśmy i rozjechaliśmy się w kierunku domów. Za Opolem nieco mnie pokropiło, a w Orzeszu ze zdziwieniem odkryłem obecność sporych kałuż.

 



Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V