Chorwacja - Wyspa Lastovo

11 lipca , w piątek , pomknęliśmy z Hanią do czeskiego Mikulova. Pod wieczór dobili do nas Ania i Andy. W penzionie NIKE, omówiliśmy zgrubny plan dnia następnego. W sobotę mieliśmy do zrobienia niewiele ponad 600km, a celem było chorwackie miasteczko Senj nad Adriatykiem. Postanowiliśmy ominąć krótką , kosztowną autostradę w Słoweni. Tuż przed słoweńską granicą, zjechaliśmy z autostrady zjazdem 226. W Murecku pożegnaliśmy Austrię. Potem był Lenart, trochę błądzenia w Ptuju na objazdach i nieduży korek przed chorwacką granicą. Dalej cały czas autostrada aż do Żutej Lokwy. Trochę było kręcenia w górach i za moment widzieliśmy już morze. Szybkie zakwaterowanie i wypad w miasto. Senj, jak większość starych, nadmorskich, adriatyckich miasteczek urzeka turystów , zwłaszcza nocą. W niedzielę pospaliśmy dłużej. Do przejechania mieliśmy ok.300 km. Magistrala adriatycka (zwłaszcza do Zadaru bo potem już troche w ląd się wgryza) to niezwykle urokliwa cesta. Jednak niezby szybka. Dużo winkli i ograniczeń, a i zlało nas dobrze. Po drodze zrobiliśmy przystanek w Primostenie. Piękne miejsce. Zawsze z Hanią wracamy do niego z sentymentem. Na kolejny nocleg w Kastelu przed Splitem dotarliśmy ok. 20 tej. Przemiła włascicielka ugościła nas orzechówką i likierem z mandarynek. Rano w poniedziałek pobudkę mieliśmy już o 5.00 . Dzwony kościelne są nie do pobicia. W Splicie byliśmy chyba na dwie godziny przed odpłynięciem promu. Był to dobry czas na kupno biletów oraz toaletę. Do tej pory pogoda była cały czas łaskawa. Bez upałów, jakaś burza po drodze i trochę kropienia. Na prom wjechaliśmy prawie jako ostatni. Nikt się motocyklami nie przejmuje zbytnio. Stawiasz na stopce i koniec. Jakiś steward widząc moje obawy zapewnił nas o swej profesjonalności i przywiązał nasze motocykle byle sznurkiem do jakiejś byle rurki. Podróż trwała 5,5 godziny, łącznie z przesiadką na Korculi gdzie zmieniliśmy dużą łajbę na małą. Tutaj byli już tylko ci nieliczni , którzy płynęli na Lastovo. Podróż promem jest bardzo przyjemna, urozmaicona licznymi widokami na mijane wyspy.
Do Ubli przybiliśmy zgodnie z planem. Szybki abortaż i już byliśmy u kresu podróży. Apartament Velo Lago był oddalony od portu o jakieś 3 km. Bacznie obserwowani przez panią policjantke, grzecznie założyliśmy kaski i grzecznie udaliśmy się w stronę kwatery, przyjemną drogą wykutą w skale biegnącą nad samiutką wodą. Szybko się rozlokowaliśmy, szybkie losowanie –orzeł czy reszka w kwestii sypialni i wakacje uznaliśmy za rozpoczęte. Duży taras , duży stół i jeszcze większy parasol bardzo nam w tym pomagały przez cał czas. Do morza mięliśmy w prostej lini 10 m (metrów) ale, żeby się znaleźdź nad wodą trzeba było o zgrozo, pokonać dystans ok.25m(metrów). Na prywatnej plaży/wybetonowanej półce skalnej na każdego gościa czekało łóżko plażowe w cieniu dużych pini. Woda kryształ. Jeżowców dużo o czym przekonałem się osobiście już pierwszego dnia. Na potrzeby wspólnego bytowania założyliśmy kasę klasową. Każdy z kolejnych następnych dni wyglądał bardzo podobnie. Rano spanie do oporu. Potem kąpiel w morzu . Cały czas przy muzyce niestrudzonych cykad. Kawa bywała przed, w trakcie lub po kąpieli. Śniadania trwały do południa , a czasami nawet dłużej. Po śniadaniu znowu pływanie. Potem wsiadaliśmy na motocykle i każdego dnia odwiedzaliśmy inne miejsce na wyspie. Każde inne, ładne, ciekawe, a czasami wręcz spektakularne, budziło nasz zachwyt. W drodze powrotnej czyniliśmy odpowiednie zakupy aby odpowiednio wesoło, ze śpiewem na ustach przystąpić do przygotowywania obiadokolacji. Hania i Ania , na przemian kosztowały wina i winka o różnych smakach i kolorach , a my z Andym sprawdzaliśmy, które piwo jest lepsze od drugiego. Przed spaniem – pływanie bardzo często połączone ze śpiewaniem wszystkich polskich szlagierów także w rozbiciu na głosy m.in. : Murzynek malutki, Panie Janie, Był Duda, Mango mango, Kózka, itp.itp. Były skrable i kości, nauka śpiewu pod czujnym okiem , a raczej uchem Ani-Nutki oraz zgadywanki na „p". Przez jakiś czas miałem także tableta ale zostałem go podstępnie pozbawiony podczas wizyty w toalecie.... Na wyspie panuje zmowa. Nikt nam nie chciał świeżej ryby sprzedać. Odsyłali do restauracji.
Lastovo – bardzo stara stolica wyspy wzbudzała w nas szczególne odczucia. Raz zachwycała i nnym razem przerażała swoim wyglądem i odczuciem wymarłego, bezludnego, tajemnego miejsca. Niejednokrotnie przemierzając wąskie uliczki zarośnięte egzotyczną roślinnością mieliśmy wrażenie jakbyśmy byli jedynymi tu obecnymi... Niemalże jak w Machu Picchu...Wiele walących się, opuszczonych budynków, pamiętających czasy średniowiecza, bez okien , z zapadniętymi dachami. Dopiero wieczór, a wraz z nim światła w niektórych oknach mówiły, że jednak miasto żyje. Gdyby nie latarka w telefonie Andy`ego to mielibyśmy poważny problem znaleźć wyjście z całkowicie ciemnej uliczki. Powoli stawaliśmy się rozpoznawalni na wyspie. Świadczyły o tym drobne gesty lokalesów w stylu machnięcie ręką czy skinienie głową. Na lokalnej degustacji wina byliśmy chyba jedynymi obcymi . Cała reszta ze sobą rozmawiała tak, jakby się dobrze znali. A, i miło nam było jak nasze częste kąpiele i śpiewy komuś tam się spodobały. Ośmielę się stwierdzić, że cała wyspa jest egzotyczna. Nie tylko ze względu na roślinność (kwitnące kaktusy pokaźnych rozmiarów, palmy, agawy, figi, oliwki, oleandry oraz inne licznie kwitnące drzewa, krzewy i zioła, a ponadto zapachy, zapachy i jeszcze raz zapachy eterycznych olejków uwalnianych z rozgrzanej ziemi, kory drzew, ziół i roślin) ale także i na widoki podsycane nieustającą muzyką cykad.
Do końca lat 90-tch Lastovo było niedostępne dla turystów ze względu na istniejącą tu bazę wojskową o czym świadczą pozostawione budynki, a nawet „ garaż" dla łodzi podwodnych , wykuty w skale. Dzięki tej izolacji wyspa zachowała swój niepowtażalny charakter, oparła się naporowi turystów i sprawia wrażenie miejsca gdzie diabeł mówi dobranoc....
Dziewięć dni szybko zleciało. Ostatniego wieczora , wcześnie i grzeczniutko położyliśmy się do łóżek. Tym razem bezpośredni prom do Splitu odpływał o 4.30. Dalszą część spania, a raczej dospania zaplanowaliśmy na morzu ..
Środowy poranek w Splicie przywitał nas ostrym słoneczkiem. Ulokowaliśmy na starówce motocykle i poszliśmy na spacer. Tłumy, gorąco, śmierdzi. Tłumy, gorąco, śmierdzi. Cały czas szukam zapachów Lastowa. Mam wrażenie, że szlag mnie zaraz trafi. Chcę stąd jak najszybciej uciec. Jedynym miejscem, które mi się podobało był duży gwarny, tętniący życiem targ rybny z przeróżnymi gatunkami stworzeń morskich. Nieomieszkam także wspomnić o kapeluszu, który wypatrzyłem na straganie, właśnie taki o jakim marzyłem od jakiegoś czasu ale nigdzie nie mogłem trafić. Trochę przymierzania. Leży jak ulał. Tylko jak go do domu na motorze przywieźć ?. Na ratunek przyszedł Andy. Miał ze sobą gumowego pajączka. Następny przystanek znowu w Primostenie. Tym razem z noclegiem. Jedna noc w przyjemnym apartamencie na starym mieście ugłaskała naszą tęsknotę do Lastova. Butelka proszku pomogła nam jeszcze bardziej , a po kolejnej nam już w ogóle było wszystko jedno, tym bardziej, że Ania i Hania zaczęły obchody swoich imienin przypadających dopiero w sobotę. Zabrałem Hanie do jubilera. Potem do nasępnego i do następnego... Nasze jubilerskie tourne zwieńczone zostało piękną ozdobą na paluszku mojej żonki. Andy też się sprawił. Wybrał się z Anią w trasę butikową. Trzeba przyznać, że nasze dziewczyny sprawiły się na medal więc nie protestowaliśmy nawet gdy ponownie kupowały kolejne szmatki.
W czwartek zaplanowaliśmy nocleg pod Ptujem. Do przejechania ok. 450 km.Do samej granicy ze Słowenią dojechaliśmy zwykłą krajową drogą nr 1, mijając Plitvicka Jezera i ciekawą dolinę z dużą ilością młynów wodnych. Do Goriśnicy przyjechaliśmy pod wieczór. Typowy tranzytowy nocleg w gorącym czteroosobowym pokoju bez klimy. W piatek rano kierunek Mikulov. Andy narobił nam wszystkim smaka na żeberka. Znowu Słowenie objechaliśmy boczkiem. Nie miałem pojęcia do tej pory, że Mikulow to takie sympatyczne miasteczko. Tyle razy je mijałem , a dopiero teraz je odkryłem...Piątkowy wieczór w Mikulovie znowu był wesoły. Ciąg dalszy imienin. Nawet kameralny jazzowy koncert nam się trafił, którego byliśmy aktywnymi uczestnikami. Obchody imienin naszych żon zakończyliśmy w sobotę, uroczystym odśpiewaniem sto lat, sto lat na mikulovskim rynku. Potem się pożegnaliśmy i jeszcze kawałek wspólnie jechaliśmydo Brna. Na rozstaju dróg potrąbiliśmy i pomachaliśmy sobie.
To były jedne z moich najlepszych wakacji. Zgodne , wesołe , rozśpiewane, zwariowane, przyjemne z licznymi nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Mam nadzieję, że pozostali uczestnicy podzielają moje odczucia...
Jacek Parę fotek:


Wyprawy

<< Grudzień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V