Zakończenie sezonu

Nastało długo wyczekiwane piątkowe popołudnie. Do kufra wrzuciłem najpotrzebniejsze rzeczy, czyli mapę, do kieszeni aparat i dokumenty i w tym momencie podjechał Memencik. Ubrałem się i pojechaliśmy do Gutka. Przed domem stał nowy, wypaśny adwenczer. Memencik utrzymywał, że do Gutka przyjechał znajomy z Pyrlandii, ale zacząłem jak się okazało zupełnie słusznie podejrzewać, że Gutek zmienił motor, nikogo o zdanie nie pytając. Cały Gutek. Pooglądaliśmy sprzęta i ruszyliśmy na południe. Do Żor jechało się miło, ale dalej był gigantyczny korek. Potem w Pawłowicach wypadek, więc jak wjechaliśmy w góry, słoneczko stało już bardzo nisko. Miło kręcąc to w lewo to w prawo przez Istebną, Koniaków dotarliśmy do centrum Zwardonia. Pamiętałem ze strony łebowej ośrodka, gdzie była postawiona kropka na mapie, ale w naturze nic tam nie było. Wobec tego telefon do ośrodka oraz wywiad wśród lokalesów i z nowymi wiadomościami pognaliśmy na Myto. Ośrodek był, wjechaliśmy na plac i zaczęliśmy powitania i nawadnianie. Miło gawędząc witaliśmy kolejnych przybyszów. W końcu nadeszła długo wyczekiwana pora kolacji. Zasiedliśmy do stołów i spożyliśmy. A potem racząc się trunkami i ciastami gadaliśmy i gadaliśmy. Wyjątkowo wcześnie nadjechał Wrocek, choć nieco zdekompletowany, bo bez Gosi. Zastanawiam się, czy Rychu jej nie zgubił po drodze i nie chciał się przyznać. Impreza trwała jeszcze długo, ale poszczególni uczestnicy po cichutku szli spać. Do snu kołysał ich niewielki deszczyk. Sobotni poranek nastał mglisty, w szarej atmosferze można było zauważyć motory i gdzie niegdzie ich właścicieli, snujących się bez celu, lub z kubkiem jakiegoś napoju, przeważnie kawy. W miarę zbliżania pory śniadania mgły rzedły, a liczba motocyklistów stale rosła. W końcu punktualnie o 8:00 rzesza wygłodniałych zlotowiczów wpadła do sali i rzuciła się na jajecznicę i wędliny. Widząc to panie kucharki i kelnerki wzięły się do pracy i ugotowały jeszcze sporą górę jadła. Prawdopodobnie w całym Zwardoniu nie zostało po nas ani jednego jajka. Po śniadaniu jeszcze chwila na gadanie i ruszyliśmy w trasę. Przez Skalite wąziutką, ale dość widokową trasą dotarliśmy do Oszczadnicy. Tam zauważyliśmy brak naszych beemek, ale na szczęście szybko sie odnalazły. Potem już bez przeszkód przez Bystrzycę wjechaliśmy w Beskid Kysucki i szerokimi łukami, wśród fajnych widoków zjechaliśmy do Orawskiej Leśnej. Tam skręciliśmy w prawo na niedawno odkrytą przez nas trasę prowadzącą do Zazrivej. Dróżka wiła się wśród kolorowych gór, wchodziła na ponad 1000 m npm, i była miejscami nieco zabłocona. Spowodowało to niezrozumiały żal, głównie właścicieli cruiserów, którzy zupełnie niesłusznie domagali się umycia ich przeze mnie. Z Zazrivej pojechaliśmy dalej na południe głęboko wciętą Doliną Zazrivki - rzeczki wijącej się łagodnymi łukami wśród pięknych, stosunkowo wysokich gór Małej Fatry. W końcu dojechaliśmy do Parnicy, gdzie wyskoczyliśmy na drogę główniejszą, ciągnącą się wzdłuż południowych stoków tej grupy górskiej, w dolinie Orawy. Też było ładnie, choć już mnie tak. Po chwili dojechaliśmy do Martina, a z niego do Vrutek. Stanęliśmy pod knajpką Chopper Club w celach poznawczo - kulinarnych. Pozwiedzaliśmy środek oraz wrzuciliśmy coś na ząb. Andrzej próbował swoich sił na ringu z wyimaginowanym przeciwnikiem, ale niestety ten ostatni okazał się lepszy i Andrzej szybko zakończył walkę wisząc bezwładnie na linach. Z Vrutek pojechaliśmy dalej na północ przełomem Wagu pomiędzy Luczańską a Krywańską częścią Małej Fatry. Ładnie wyglądały zamki Stary Hrad i Streczno w jesiennej oprawie. Przez Żylinę przemknęliśmy ku memu zdziwieniu bez większych problemów i pojechaliśmy dalej wzdłuż Wagu do Koteszowej, gdzie skręciliśmy w Dolinę Rovnianki. Małe tankowane w strugach deszczu, kiedy spadło od 3 do 5 kropli na motor. Miałem nadzieję, że zlewa ta zmyje błoto z maszyn rozjuszonych Kolegów, ale nie, nie zmyła. Ja też postanowiłem nie ulegać presji większości i nie wziąłem się za mycie ich sprzętów. Fajną dolinką wjechaliśmy na przełęcz Semetesz, gdzie pod daszkiem leżała kamienna kula, zwana ze słowacka gulą. Niestety, nie było dość miejsca na postój ponad 20 motorów, więc pojechaliśmy dalej. Bez problemów przez Turzowkę, Czadcę wróciliśmy do naszego pensjonatu. Szybki prysznic i obiadek. Po obiadku wylegliśmy na podwórko. A każdy wziął co miał. A każdy miał wiele. I zaczęliśmy degustacje: agrestówka z kurwicą, miodowo-miętówka z Soplicą, słodkie z wytrawnymi i brandy z łyskaczami. I do tego przeróżne regionalne trunki, słodkie, a mocne. A wszystko obficie skropione piwami, każde inne, nierzadko i winami. I ochota nam rosła i humor dopisywał. Aż zaszło słoneczko i zaczął się grill. A na grillu karczek i zapiekanki, kiełbasy i krupnioki, a nawet kaszanka i kiszka. I żeby to wszystko jakoś przełknąć popijaliśmy pyszne potrawy w/w napojami. I ciepło nam się zrobiło i zapragnęliśmy ruchu, więc wiele nie myśląc, za przykładem Mikiego, rzucaliśmy się kolejno w morskie odmęty. Morze może wielkie nie było, ale odmęty jak najbardziej przypominały te z Morza Północnego, a nawet Beringa. Temperaturowo głównie. W celu ochrony przed zimnem część wskoczyła w koszulkach, ale niestety z krótkimi rękawami, więc i tak zmarzła. W końcu powychodziliśmy z wody i przebraliśmy się pod czujnym okiem naszych połowic, żeby nikt niczego nie dostrzegł. I tylko Miki z braku połowicy najpewniej został dokładnie oglądnięty przez połowę grupy. Na szczęście tę lepszą. I jeszcze trochę pogadaliśmy i stopniowo rozchodziliśmy się do pokoi z mocnym postanowieniem niedegustowania czegokolwiek w najbliższych dniach. Fama głosi, że miały miejsce jeszcze ekscesy taneczne, gdzie rej wiódł Rychu ciągając za sobą powiewającą w powietrzu Mirkę, ale ja tego nie widziałem, więc nie opiszę. I tak nastał niedzielny poranek. Poranek ten charakteryzował się tym, że był radosny z powodu przepięknej pogody, ale jednocześnie ponury z powodu poczucia schyłkowości wyjazdu. Być może miała w tym udział sobotnia degustacja, która z pewnością mogła wpłynąć na ogólne obniżenie nastroju. Zebraliśmy się więc rano i z naukową precyzją, do 3 miejsc po przecinku badaliśmy wpływ owej degustacji na stan naszych organizmów. I tu muszę powiedzieć, że wpływ ów nie był wielki i w większości przypadków nawet zupełnie zerowy. Jedynie Axelek jak zobaczył efekt różny od zera, z rozpaczy ponownie rzucił się w morskie odmęty, prawdopodobnie chcąc zniknąć nam z oczu. Niestety, owe odmęty miały najwyżej kilkanaście metrów długości, więc zniknąć mu się nie udało, ale za to szybko osiągnął upragnione zero. I tak udaliśmy się na pożywne śniadanko, które zdecydowanie podreperowało nasze zdrowie. Szczególną rolę przypisuję tu kwaśniej kwaśnicy obficie wyposażonej w tłuściutki boczek, czy może też żeberka o wyjątkowo pozytywnych walorach smakowych. I owa kwaśnica z tłuściutkim mięsiwem, zagryzana pysznym koniakowskim chlebem do końca rozwiała skutki degustacji. Wylegliśmy na plac, gdzie kolejne osoby pakowały sakwy, żegnały się i dostojnie odjeżdżały w tylko sobie znanym kierunku. Axelek zaproponował, żeby po tak pysznym, obfitującym w mięsko śniadanku, udać się na coś równie dobrego, czyli na golonko. I zamówił kilka golonek w słynącej z ich niewyobrażalnej dobroci knajpce w Pszczynie. Mając kilka godzin czasu do obiadu sporą grupką udaliśmy się przez Rycerkę, Ujsoły na Słowację, gdzie pognaliśmy na Orawę, skąd przez Krowiarki, Zawoję do Stryszawy. Stąd genialną trasą przez nieznane mi drogi Beskidu Małego zjechaliśmy do Wadowic. Przejechaliśmy bardzo ładny ryneczek i całkiem fajnymi dróżkami przez Brzeszcze dotarliśmy do Pszczyny. Przed knajpą stanęliśmy dokładnie o 14:00 czyli niezwykle punktualnie. Ale to jest w końcu nasza cecha. Golonek był pewien niedobór, więc część musiała obejść się ze smakiem i zjeść jakieś kaczki, czy inne mięska. Po jedzeniu i piciu wróciliśmy do swoich maszyn i po skrupulatnym pożegnaniu rozjechaliśmy się do domów. Sezon uznajemy oficjalnie za zakończony, co oczywiście sprzyja dalszym motocyklowym wyprawom po bliższej i dalszej okolicy.


Wyprawy

<< Sierpień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V