Sylwester

W chłodne i mgliste piątkowe popołudnie w kierunku szczytu Gubałówki ruszyło kilka samochodów wiozących spragnionych śmiechu, jadła i picia motocyklistów. Pomimo gęstej mgły pod pensjonat zajeżdżały kolejne pojazdy ku przerażeniu i rozpaczy pana gospodarza. Jak się okazało, pan gospodarz jest przeciwny grupom zorganizowanym z uwagi na wyjątkowo małą odporność jego domu na moce dewastacyjne zorganizowanych grup. Tym niemniej przyjął nas radośnie i z uśmiechem, choć w jego oczach czaił się STRACH. Przybyli lokowali się w pokojach, ubierali stosowne sylwestrowe ubranka i czym prędzej biegli do sali jadalnej ku pustym jeszcze stołom. Szybko stan ten został zmieniony i stoły uginały się pod ciężarem jedzenia i picia. Nie muszę dodawać, że picie było znacznie cięższe. Ton imprezie nadawały dwa łosie, jeden osobnik w koszuli nocnej i szlafmycy oraz jedna samica albo niedźwiedzia polarnego, albo lwa albinosa. Nie było zgodności co do gatunku. W końcu zjechali ostatni maruderzy, czyli ja i impreza rozkręciła się na całego. Z okazji niedawnej rocznicy urodzin Jurka na stół zajechał tort, ciasta towarzyszące oraz stosowne napoje. Po uczczeniu urodzin jedzeniem i piciem postanowiliśmy wynieść Jurka pod niebiosa. Na jego szczęście loty nie były wysokie, nad głową był strop z grubych bali i się oparł próbom dalszego wynoszenia. Po zakończeniu obchodzenia urodzin na stołu zajechały kolejne dania i tak miło mijał czas. Rozochocone towarzystwo dla ochrony głów, nie wiem przed czym, ubrało stożkowate czapeczki. Być może chodziło o wzmocnienie promieniowania kosmicznego na zasadzie podobnej do działania piramid. Oba łosie nawiozły różnych papierków, wstążeczek, które z dużą pieczołowitością rozrzucały po podłodze, z czego mniemam, że była to nasza ostatnia impreza w tym skąd inąd miłym pensjonacie. Gospodarze na szczęście posnęli snem sprawiedliwych i nawet orkiestra 11 gwizdków nie była w stanie tego zmienić. Gwizdki na szczęście okazały się nader nietrwałe i szybko poległy, więc przystąpiliśmy do kolejnego punktu programu – czyli ogni sztucznych. Gdyby nie sen, gospodarz na pewno poległby na miejscu rażony gromem, albo przynajmniej nagłym zatrzymaniem krążenia. I tak wybiła północ. Na stół wjechały szampany, huknęły korki i zajęliśmy się opróżnianiem kolejnych kieliszków. Niektórzy nawet poszli podreptać na parkiecie. Tu szczególnie wybijała się para – Gutek – Mateusz, gdzie dało się zaobserwować duży profesjonalizm Mateusza oraz straszliwe zacięcie Gutka. Co się działo dalej nie wiem, choć należy przypuszczać, że nie było źle, bo rano sam dom, a nawet sala nie wyglądały na kompletnie zdewastowane. Dzięki. Korzystając z mojej nieobecności Chłopcy śniadanie zamówili na porę obiadową, czyli na 10:00. Jakimś cudem dotrwaliśmy żywi do tej godziny i po spożyciu całkiem dobrego jedzonka ruszyliśmy w kilka aut na baseny. Trasa minęła miło, na basenach z głów wyparowały resztki imprezy, czemu sprzyjało przesiadywanie wśród bąbelków oraz jeżdżenie w rurze. Po basenach wpadliśmy na małe co nieco do super knajpki i wróciliśmy do domu. Do obiadu było jeszcze kilka godzin, więc na stół wjechały flaszeczki i zaczęły się miłe rozmowy. Obiadek był tradycyjnie pyszny i znów do późnego wieczora siedzieliśmy i gadaliśmy. Tym razem nader spokojnie. W niedzielny poranek śniadanie było o słusznej porze, czyli o 8:00, część poszła do pobliskiego kościoła, a reszta tradycyjnie siedziała i gadała. Odkryliśmy nowe zastosowanie stołków barowych, które doskonale nadawały się do ćwiczenia różnych form jazdy motocyklowej. Gospodarz przywiózł nam trochę regionalnych serków, które okazały się serkami wysokich lotów i nie były porównywalne z tymi sprzedawanymi przy drodze. W końcu wszystko co miłe się kończy więc powoli popakowaliśmy się, pożegnaliśmy z przemiłymi gospodarzami, trochę strasząc ich, że my tu jeszcze wrócimy. I będzie nas więcej. W dwa auta pojechaliśmy do Tyńca, pozwiedzaliśmy opactwo, niestety bez kościoła, bo była msza, zakupiliśmy genialną kaszankę i piwo i pojechaliśmy szukać obiadku. I tak sobie jadąc dotarliśmy do Zatoru, gdzie na rynku w knajpce Myśliwska dostaliśmy zaskakująco dobre jedzonko. Za knajpkę nie dałbym złamanego grosza, a tu spotkała nas taka niespodzianka. Po obiedzie rozjechaliśmy się do domów.


Wyprawy

<< Sierpień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V