Świąteczny jarmark we Wrocku

W niebrzydką grudniową sobotę, jak nam strzeliło do głowy, tak pojechaliśmy w dalekie strony, na wrocławski jarmark świąteczny. Powstały trzy koncepcje uczestnictwa w imprezie: 1 - tam i z powrotem (Jurek i Miki), minusem była konieczność picia Kropli Kaukazu przez jednego uczestnika - kierowcę, 2 - spanie we Wrocku i powrót w stanie wolnym od promili (ja), oraz trzecia - dostępna wyłącznie dla mieszkańców Wrocławia - czyli dojazd tramwajem. Wszystkie grupy dzięki najnowszej technice GSM umówiły się na spotkanie na rynku. Grupa pierwsza z drugą spotkały się w zupełnie innym miejscu i czasie, ale za to ku obopólnemu zadowoleniu oraz najpewniej ku zadowoleniu budki serwującej w tym miejscu przeróżne grzańce. A że grzańce różne były, na jednym się nie skończyło. I gdy tak staliśmy przy stoliku i parujących kubeczkach w kształcie serduszek, podszedł do nas osobnik o wyglądzie dziwnym i bardzo obniżonym nastroju. I podszedł do stolika i ciężko zapłakał nad swoim losem. I coś opowiadał nam nieskładnie i niezrozumiale. Żal nam się zrobiło osobnika, więc próbowaliśmy go jakoś pocieszyć, a to dobrym słowem, a to jakimś datkiem. A osobnik płakał i za nic nie chciał nas opuścić. Wobec tego Miki, z wrodzoną sobie delikatnością, która nas wszystkich niepomiernie zdumiała, odprowadził osobnika w dal, gdzie mógł już się smucić w samotności. A my, po zdegustowaniu kilku grzańców ruszyliśmy dalej. Zahaczyliśmy o budkę z regionalnymi trunkami o wielkiej mocy i po wnikliwej i wytrwałej degustacji ustaliliśmy, że najlepsza jest chrzanowo - miodowa. Kolejnym naszym celem była piekarnia ? smażalnia ? kasztanów. I nabywszy sporą torbę tych owoców udaliśmy się do najbliższego stolika w celach konsumpcji. Nabyte kasztany najpewniej nie dorównywały tym z placu Pigalle, więc stwierdziliśmy, że to pierwszy i ostatni raz. Część z nas poczuła głód straszliwy i nabyła wielgachne kromki ze smalcem, kiełbasą i ogórkiem. Tak posileni przenieśliśmy się kawałek dalej, gdzie podawano walcowate twory o jakiejś wdzięcznej węgierskiej nazwie. I znów część z nas je spożyła. Od tych walcowatych ciast blisko już było do stoiska z wentylatorkiem u góry, gdzie podawano biały grzaniec. I ów grzaniec po szczegółowej degustacji okazał się niezły, choć przypadł do gustu raczej paniom. Po zaspokojeniu pierwszego głodu i pragnienia zapragnęliśmy trochę ruchu i w tym celu część najbardziej aktywnych rozsiadła się z szalejącym po rynku z prędkością na pewno przekraczającą 20 km/h rollercasterze, momentami unoszącego się na niebotyczną wysokość naszych głów, ale liczonych z czapkami. Wytrzęsieni, przerażeni pędem, posnuliśmy się po rynku z przyległościami oraz po Makdonaldzie. Szczególnie ten ostatni cieszył się naszym szczególnym zainteresowaniem. Być może spowodowane to było dużą ilością spożytych płynów. Po tak intensywnym spacerze znów poczuliśmy niepokój w żołądkach, Miki przypomniał sobie o widzianej przelotnie knajpie gruzińskiej, więc ruszyliśmy na poszukiwania. Knajpa była, a nawet zwolnił się urokliwy stolik na pięterku. Wobec tego rozsiedliśmy się wygodnie, zamówiliśmy gruzińskie pyszności oraz winka. Troszkę nam było żal Jurka, który musiał zadowolić się gruzińską wodą mineralną. Na domiar złego gruzińska woda się skończyła, więc dostał kroplę Beskidu. Trochę się pocieszył, gdy wytłumaczyliśmy mu, że Kaukaz jest znacznie wyższy od Beskidów, więc woda jakimiś podziemnymi kanałami może płynąć w naszym kierunku i tak naprawdę to pije jednak Kroplę Kaukazu. W tym momencie w knajpce zjawili się Rychu i Andy. Siedli z nami, pojedli, popili i poszli pokazać nam miasto. Na początek Andy zaprowadził nas do niezwykle egzotycznego pubu piwnego. Lokal był długi i wąski, nie było w nim dostępu do sieci GSM (sic!) i nie mogłem pogadać z Axelkiem, za to lista piw wypaśna i skomplikowana. Rzuciliśmy parę losowo wybranych numerków pani i dostaliśmy różne piwa, w większości o dziwnym smaku i zagadkowym składzie. Nie do końca usatysfakcjonowani ruszyliśmy gęsiego za Rychem, który zawiódł na do innego, ale bardzo sympatycznego lokalu o wdzięcznej dla ucha nazwie "Bierhalle". I zamówił bardzo słusznie, mając na uwadze zbliżającą się wiosnę oraz nadchodzący nowy sezon motocyklowy stosowną beczkę piwa marcowego. I piwo owo, lane samodzielnie z wymyślnego naczynia spełniło pokładane w nim nadzieje i stało się ukoronowaniem tak miłego dnia. Pamiętając z dawnych czasów, że alkohol podaje się wyłącznie do konsumpcji zamówiliśmy dwa talerze piwnych dodatków. O mało się nie pokłóciliśmy zgadując na którym talerzu jest cebula, a na którym kalmary i czy ostry jest biały sos, czy żółte kulki. I o ile co do ostrości sosu i kulek osiągnęliśmy konsensus, to już w kwestii owej cebuli i kalmarów nie. Ja osobiście przypuszczam, że i jedno i drugie składała się z tej samej masy upieczonej w głębokim oleju. W każdym razie było to do zjedzenia i jako takie zjedzone zostało. Beczka się skończyła i nastała atmosfera schyłkowości. Rycho i Andy ciągnęli ku domom, gdzie pewnie musieli jeszcze kulać nudle, Jurek ciągnął do autka przeżywając zapewne przelewające się w żołądku fale kaukaskiej wody zamiast właściwego dla miejsca i pory piwa marcowego, a mnie się po prostu chciało spać. Wobec tego zapłaciliśmy miłej panience, Andy znalazł komórkę Mikiego, a Wiola ze zdziwieniem odkryła, że ubywa jej waty w tytce. Nie to co kiedyś. Ja jeszcze pamiętam moją tytkę z pierwszej klasy, która była ogromna i wypaśna i składała się głównie z waty właśnie. I wata ta nie malała, wręcz przeciwnie - wydawała się rosnąć i wypełniać całkowicie wnętrze tyty. Na szczęście tytka Wioli była firmowo zamknięta, więc nie mogła nas podejrzewać o skubanie waty. Nadaliśmy Mikiemu przyspieszenie początkowe i opuściliśmy lokal. Na rynku wszyscy się pożegnali i rozeszli w swoich kierunkach. Impreza była bardzo udana i może ją powtórzymy za rok - np. w Wiedniu ?


Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V