Jicin

W piątkowe popołudnie umówiliśmy się z naszej ulubionej stacji za bramkami na A4. Zgodnie z umową podjechałem pod Gutka, żeby ten odcinek przemierzyć wspólnie. O dziwo na ulicy stał sobie gutek, a Gutek sączył kawę biegając po ogródku. Jak już myślałem, że pojedziemy, okazało się że Gutek chce zmierzyć ciśnienie w oponach. To było wyzwanie. Najpierw nie było wentyli, a jak się znalazły, spuścił większość powietrza z tylnego koła. Chyba tego nie zauważył, bo pojechaliśmy. Na A4 byli już chłopcy. Gutek zatankował i znalazł kompresor, dzięki czemu przywrócił właściwe ciśnienie w kołach. Pognaliśmy na zachód niecałe 100 km i zjechaliśmy na Nysę. Na zwykle pustym węźle działy się dantejskie sceny – obie bramki zakorkowane na dobre. W końcu trochę jadąc, trochę rozpychając się łokciami minęliśmy je i niewiele lepszą trasą dojechaliśmy do Nysy. Dalej było lepiej, za Paczkowem mała przerwa dla kości i przez Javornik dojechaliśmy do Lądka. Stąd w szybko zapadającym zmroku przez Stronie dotarliśmy do Biker Choice. Wrocka jeszcze nie było, ale po chwili dojechali. Chwilę pogadaliśmy i wróciliśmy do Stronia na poważne zakupy. Podstawą były całe naręcza parówek z górnej półki, zawierających 3% chyba wołowiny. Strach było zapytać o pozostałe 97% składu parówki. Ponadto nabyliśmy składniki do sałatki i oczywiście jakieś napoje, głównie w puszkach. Prowadzeni przez Daniela pojechaliśmy do nomen omen Danielówki. (http://www.danielowka.pl/). Była to agroturystyka na uboczu prowadzona przez przesympatycznych ludzi. Szybko rozgościliśmy się z pokojach i przystąpiliśmy do gotowania kolacji. To znaczy gotowała głównie Renia (sałatka była boska) i Gutek (parówki rozsadził w drobny mak), ale i tak wszystko bardzo nam smakowało. Na koniec przystąpiliśmy do spożywania ciast i napojów jednocześnie wkładając sobie na głowy wiklinowe czapeczki, zwane nie wiem dlaczego koszyczkami. I tak jakoś zrobiła się 1:00 w nocy. O poranku wyszliśmy tradycyjnie na podwórko pooglądać motory oraz okolicę. Przed domem kręciło się wielkie koło wodne, które poprzez skomplikowane przekładnie zasilało małą żaróweczkę. Na bramie wisiał wiekowy czajnik i zapewne zachęcał do wstąpienia do domu na coś ciepłego. O ósmej dostaliśmy wypaśne śniadanie i zdrowo objedzeni ruszyliśmy w nieznane. Najpierw tankowanie, a potem jazda krętymi drogami odległej kolejności odśnieżania, o nawierzchni nader często proszącej się o wymianę. W końcu niepostrzeżenie przekroczyliśmy granicę Czech. Chwila wytchnienia w celu przyklejenia nadwątlonego wstrząsami migacza i pędzimy dalej w kierunku Nowego Miasta nad Metują. Wjechaliśmy na wzgórze, na rynku porzuciliśmy motory i zwiedziliśmy starówkę, pooglądaliśmy fajny widok w dół, malarstwo młodzieżowe w lochach, a nieco bardziej dojrzałe, choć co najmniej równie niezrozumiałe na zamku. Fajna za to była mała, ale reprezentatywna kolekcja Velorexów. Potem nadszedł czas na ogrody, grożące zwiedzającym jakimś tajemniczym niebezpieczeństwem. Niebezpieczeństwo nie było jasno sprecyzowane w ostrzeżeniu, ale z pewnością się czaiło. Na szczęście nikomu nic się nie stało, pan w fontannie rzygał równomiernie, a próba zamknięcia Reni spaliła na panewce. Szkoda. Na rynku stanął Cadillac, więc pooglądaliśmy i jego. Ponieważ nic godnego uwagi już się tu nie działo pognaliśmy w kierunku Hradec Kralowe. Trasa tradycyjnie w remoncie, więc odwaliliśmy spory objazd, ale na szczęście dość miłymi drogami. W Hradec zajechaliśmy na rynek, pooglądaliśmy starówkę. Zrobiliśmy sobie zdjęcie pod kolumną morową w celu ochrony zagrożonego przez możliwą zarazę zdrowia i poszliśmy pooglądać XIV wieczną katedrę św. Ducha. Ładna była, niestety zamknięta. Wobec tego szybkie zdjęcie przez szybkę i spacer pod Białą Wieżę. Nikt nie chciał wspinać się na nią, więc poszliśmy na kawę i małe co nieco. Kolejnym naszym celem była Kutna Hora. Do miasta przejechaliśmy bez problemów i bezbłędnie zaparkowaliśmy pod Kaplicą Czaszek. Weszliśmy do środka i sumiennie pooglądaliśmy ok. 40000 mniej lub bardziej kompletnych szkieletów, a w zasadzie przeróżnych kostnych kompozycji - od zasłon i firanek, przez żyrandole i herby, po ogromne, schludnie ułożone sterty w rogach pomieszczenia. Podbudowani widokiem tylu białych kostek ruszyliśmy na zwiedzanie kościoła św. Barbary będącego pod patronatem UNESCO. Kościół znaleźliśmy bez bólu, z parkowaniem było nieco gorzej, ale po chwili już spacerowaliśmy dostojnie po zadbanych ogrodach oraz winnicy z pięknym widokiem na Kutną Horę. Zwiedziliśmy sam kościół, który okazał się dość ładną, 5-nawową budowlą w stylu gotyckim. Spodobała mi się szczególnie rzeźba górnika w białym szlafroku, przypominająca aniołka z kagankiem. Po wyjściu nadszedł czas na zatroszczenie się o nasze ciała. Pojechaliśmy do Kolina, zatankowaliśmy pojazdy, a potem zaatakowaliśmy pobliskie Tesco. Zaopatrzeni jak należy, w łatwo się domyśleć co, ruszyliśmy na północ w kierunku Czeskiego Raju, słusznie podejrzewając, że tam będą pensjonaty. Na GPS podjechaliśmy pod Pension Kuźnia, gdzie po kilku telefonach i rozmowach dostaliśmy dwa wypaśne pokoje. Pochlapaliśmy twarze wodą i biegiem do dół do knajpy. Piwo super, czesnakowa genialna, reszta też niczego sobie. Wieczór przegadaliśmy w salonach Wrocławian. Rano śniadanko, pakowanie motorów. Przyszedł lokalny opiekun kościoła i zaciągnął nas siłą na jego zwiedzanie oraz koncert organowy. O dziwo nie wziął żadnej kasy. Szybko dojechaliśmy do Jicina i stanęliśmy na rynku. Poszliśmy na zwiedzanie, ale po chwili Memento zadzwonił, że nie stoimy zbyt szczęśliwie, i mogą. Podejrzewam, że chciał nam przekazać werbalnie, że mogą nam kazać uiścić pokutę. Wobec tego obraziliśmy się na miasto i pojechaliśmy w kierunku Karkonoszy. W pewnym momencie zauważyłem, że Jurek nie ma świateł i stanęliśmy na drodze. Jurek jakieś światło włączył, ale zepsuł się Gutek - też nie miał świateł, a dodatkowo rozrusznika. Wobec tego gutka na pych i jedziemy. W Varchlabi stanęliśmy na stacji, gdzie Gutek wymienił w gutku bezpiecznik, a Jurek włączył światła na stałe przy pomocy zapałki, polskiej zapałki. Pożegnaliśmy się z Wrocławianami, którzy eksplorować chcieli jeszcze tajemnicze szlaki karkonoskie i pojechaliśmy do Wrocka. Tam tankowanie, kawa, kolejny krótki postój przed Gliwicami i szczęśliwi z fajnej wycieczki rozjechaliśmy się do domów.


Wyprawy

<< Sierpień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V