Drezno

Do Lubania ruszyliśmy w trzech grupach - Aśka z Magdą i Neilem w południe, Wrocek osobno, oraz reszta w piątkowe popołudnie. Punkt zborny - stacja za bramkami przy A4. Godzina - dokładnie około 16:00, z tym, że Gutek trochę później, a Memencik tradycyjnie w innym miejscu. Memencik nie może w tym samym, bo przestałby być Memencikiem nieprzeciętnym. Jak zaplanowaliśmy, tak się zjechaliśmy. No, prawie. Pomimo złych prognoz do stacji dojechaliśmy suchym kołem, a nawet trochę w słońcu. Około 16:20 zajechał Gutek, który umówił się z Panem Jonesem. Wobec tego czekamy, gadamy. Oczywiście zaczęło lać. I tak minęła godzina. Deszcz się skończył zaczęło świecić słońce, choć takie trochę zza chmur. Około 17:00 Axel przypomniał sobie, że Pan Jones pisał na forum coś o godzinie 17:30. Gutkowi włos się zjeżył na głowie na całej swej długości, czyli 1.3 mm i zadzwonił. I wyciągnął nieświadomego niczego Pana Jonesa z domowych pieleszy. Kolację z 20:00 przenieśliśmy na 21:00. Danka ubrała deszczochrony nie bacząc na pięknie świecące słońce i pognaliśmy kilkanaście kilometrów dalej do Memencika, który chronił się pod wątłym daszkiem parkingowego stolika. Pomimo tego, że słoneczko w momencie wyjazdu trochę świeciło, pomimo tego, że było to tylko kilkanaście kilometrów, do Memencika dojechaliśmy zdrowo przemoczeni. Pod skąpym daszkiem, pod którym Memencik dzielnie trwał od dwóch godzin ubraliśmy się i pognaliśmy na zachód. Po 160 km i kilku opadach stanęliśmy we Wrocku na bramkach. Mój bilet nieco zawilgł i maszyna nie chciała go odczytać, ale pani uwierzyła na słowo, że jadę z Gliwic. Uiściliśmy co należało i stanęliśmy na parkingu za bramkami. Akurat nie padało. Po chwili z wielkim hukiem zjawił cię czerwony diaboł i przywiózł Mikiego. Kolację przenieśliśmy na 22:00, bo potem już nie będzie kucharza. GPS pokazywał porę przyjazdu na 20:30, ale ja wiedziałem, że licho nie śpi. Chwilę pogadaliśmy i ruszyliśmy dalej. Nikt nie lubi małej stacyjki przy głównym węźle we Wrocku, więc pojechaliśmy dalej. Jedziemy, jedziemy, jedziemy, a tu plaża. Łatwiej o wodę na Saharze, niż o benzynę między Wrockiem, a Legnicą. W pewnym momencie widzę za sobą mały ruch i Pan Jones zjeżdża na pobocze. Koniec paliwa. Na szczęście w sakwie ma rezerwę, wlewa więc paliwo i pędzimy dalej. Nadal żadnej stacji, wobec tego ustawiam GPS na najbliższą i po chwili zjeżdżamy z autostrady i jedziemy w nieznane. Po ok. 10 km stajemy na zabitej dechami wsi przy stacji. A w zasadzie przy resztkach betonowej konstrukcji, która kiedyś stacją zapewne była. Zrobiło nam się trochę ciepło, tym bardziej, że akurat nie padało, więc ubranka grzały. Przepytaliśmy lokalesów - najbliższa stacja w Jaworze - ponad 10 km. Pan Jones raczej nie dojedzie. Część pozbierała różne butelki i pognała, a my wolniutko za nimi. Po kilku kilometrach we wsi Księżyce stanęliśmy, tym razem na dobre. Wobec tego stoimy, oglądamy malowniczą, pagórkowatą okolicę i zgodnie stwierdziliśmy, że krajobraz księżycowy jednak może się podobać. Po prawie godzinie docierają chłopaki z benzyną, więc GPS na autostradę i pięknymi, dziurawymi, lokalnymi drogami mkniemy na północny zachód. Dzwonimy do Lubania, że na 22:00 raczej nie zdążymy, więc niech jakoś zabezpieczą nam coś do jedzenia, a przede wszystkim picia. Picie to grunt. I jak w klasycznym amerykańskim filmie drogi pędzimy w kierunku zachodzącego słońca, z tym, że słońce zaszło dużo wcześniej. Już w ciemności zjeżdżamy na drogę na Lubań i niezbyt przejmując się znakami objazdu, ślepej drogi, zakazu wjazdu i takich tam, jedziemy całkiem dobrym asfaltem, potem gorszym, potem dziurawym, potem ubitym szutrem, a potem luźnym. Motory chwiejące się na nim na wszystkie podniosły nieco poziom wrażeń z jazdy, na szczęście nikt nie poległ. Za Henrykowem droga znowu stała się bardziej przejezdna i po chwili wpadliśmy z hukiem należytym na plac Motelu Łużyckiego. Jeszcze tylko krótki podjazd pochylnią dla wózków pod kamerę mającą strzec naszych pojazdów jak oka w głowie. W jadalni czekały na nas poustawiane talerze, grzała się pyszna zupa i w termoboksie parowały kotlety z sosem grzybowym. Głębokie ukłony dla Pana Kucharza. Jest wielki. A potem to już standard, piwo, gadanie, gadanie, gadanie. Nastał ładny, słoneczny poranek. Posiedzieliśmy chwilę przy motorach, by o 8:00 udać się do stołówki. Nie wiadomo do teraz, dlaczego Axel poszedł na śniadanie w deszczochronie. Najpewniej bał sie, że pobrudzi, czy poplami swoje sobotnie motocyklowe ubranko i Ewa będzie krzyczeć. Zjedliśmy, popiliśmy i ruszyliśmy na trasę. Pierwszym punktem była stacja Orlen po drugiej stronie jezdni, potem wypad na autostradę i po ok. godzinie jazdy dojeżdżaliśmy do rogatek miasta. Z bliżej nieokreślonego powodu Danka kurczowo trzymała swoją szybę w kasku prawą ręką i nie mogła z tego powodu kręcić gazem, co ostatecznie spowodowało jej zatrzymanie się na poboczu autostrady. Przed samym miastem jakimś cudem jednak poznajdywaliśmy się wszyscy i ładnie kręcąc po ulicach miasta dotarliśmy nad Łabę. Widok z mostu był ładny i po jeszcze paru zakrętach znaleźliśmy dogodne miejsce do stawania. Lekki niepokój wzbudzała taryfa za parkowanie, ale Rychu tak długo pytał różnych ludzi, czy motory muszą płacić, aż znalazł pana który powiedział, że nie. I tego postanowiliśmy się trzymać. Poszliśmy do miasta, zobaczyliśmy podziemia Alt Markt Galerie, ze szczególnym uwzględnieniem klopików, ryneczek, mnóstwo barokowych budynków odbudowanych po słynnym nalocie dywanowym w lutym 1945 roku. Widzieliśmy trzy dziewice, dwie chude i zimne metalowe panie, Łabę, spotkaliśmy naszą niedoszłą panią przewodnik - Księżnę i w końcu poszliśmy na lody. Ku memu dziwieniu motory znaleźliśmy bez bólu. Nawet bez większych problemów wydostaliśmy się na autostradę w stronę Czech. Pan Jones musiał tankować, ale przecież na niemieckich autostradach miała być to łatwizna. Nie była. Stacji nie było żadnej, ale po kilkudziesięciu kilometrach minęliśmy tablicę Republika Czeska. Na zdrowy rozsądek, biorąc pod uwagę różnicę cen paliwa stacja musiała być. Wobec tego GPS na najbliższą i po zjechaniu z autostrady i paru kilometrach jesteśmy na stacji. W samą porę - Pan Jones zrobił na baku 176 km, a w piątek poległ na 177 kilometrze. Miło jadąc czeskimi drogami rozglądaliśmy się podziwiając widoki oraz liczne patrole policji wyposażone w przeróżny sprzęt pomiarowy. Ilość i różnorodność sprzętu owego wprawiła nas w osłupienie. Albo tego mają tyle, albo zebrali wszystkie urządzenia z całej republiki i ustawili na naszej trasie. Ale w tym przypadku zaraz rodzi się pytanie: kto puścił farbę i doniósł im o naszej marszrucie ? Cudem nie płacąc dojechaliśmy do Ceskiej Kamienicy ma małe co nieco. Ładny ryneczek, dość dobrze żarełko. Było miło. Potem ładnymi drogami Czeskiej Szwajcarii przejechaliśmy do Niemiec i po chwili do Polski. Tu dała się zauważyć dyskretna różnica w jakości nawierzchni pomiędzy tymi krajami. Na usprawiedliwienie muszę dodać, że jechaliśmy tak bocznymi drogami, że być może sami drogowcy nie wiedzą nic o ich istnieniu, więc nie możemy mieć do nich pretensji. Do Lubania dojechaliśmy bez przeszkód, trochę gadania, regulacja gutka, piwo i na kolację. Była tradycyjnie dobra. Po kolacji długa nasiadówa przy różnych piciach i wałkowanie tematu bezpiecznej jazdy. Nastał ostatni poranek spotkania. Pogoda bezchmurna. Tradycyjnie trochę gadania o motorach i na śniadanko. Po śniadaniu Memencik się zebrał o pognał nad morze. A my spokojnie się popakowaliśmy, rzeczy do kufrów i na stację. Potem jechaliśmy miłymi traskami w kierunku wschodzącego słońca do zamku Grodziec. Zwiedziliśmy z należytą uwagą średniowieczną twierdzę, pobiegaliśmy po krużgankach, pochodziliśmy po schodach, aż dorwaliśmy się do zbrojowni i sali tortur. Tu zabawa zaczęła się na całego i tylko trochę się dziwię, że nikt nie odniósł obrażeń śmiertelnych, albo chociaż długotrwałych, a poważnych. W końcu zabawie nadszedł kres i pojechaliśmy do Jawora. Nie wiem, czemu Andy uważał, że nie jechaliśmy drogami. Był przecież pas utwardzonej, choć niekoniecznie płaskiej nawierzchni, pobocza, czasem jakieś znaki - znaczy się - droga. W Jaworze zobaczyliśmy bardzo ładny Kościół Pokoju, zbudowany przez protestantów po pokoju westfalskim. Budowla szacowna i malownicza, choć zbudowana z drewna, piasku, gliny i słomy. Po zwiedzaniu poczuliśmy pustkę niepokojącą, więc piechotą pokonaliśmy niebotyczny odcinek ok. 400 m na rynek, gdzie w ratuszowej knajpie zjedliśmy całkiem dobry obiadek. Sądząc z liczby wpisów na ścianie obiadek smakował nie tylko nam, ale i innym nie mniej znamienitym sławom. Z Jawora już coraz prościej i coraz szybciej dotarliśmy do Wrocka. Tu się uroczyście pożegnaliśmy i już mniejszymi grupkami udaliśmy się do swoich domów.


Wyprawy

<< Sierpień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V