Byczyna

Minął poranek, wczesne przedpołudnie. Późnym przedpołudniem, czyli o 8:30, na Jurekplatzu w Mikołowie spotkałem się z Wiolą, Jurkiem i Neilem. W planie mieliśmy zatankowanie motorów, co w związku z obecnością na placu stacji benzynowej wydawało się dość logiczne. Niestety, nie dla samej stacji, więc na oparach ruszyliśmy dalej. Na szczęście udało się nam dotrzeć do bardziej cywilizowanych obiektów w Katowicach i już z pełnymi bakami pognaliśmy na A4 na parking „Wirek". Duże było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że na do niedawna pustynnym placu wznosi się okazała stacja Shell. Przywitaliśmy się z już obecnymi członkami ekspedycji, poczekaliśmy na kolejnych. Bardzo spodobał nam się Miki na kamilowej Hondzi o pojemności 125 ccm. Wydaje nam się, że ten motor dostarcza Mikiemu wiele fanu i niewykluczone, że w miejscu Diaboła wkrótce w Mysłowicach zagości ta sympatyczna Cebra. W końcu nagadani, z pełnymi bakami, ruszyliśmy w nieznane. Początkowo szło dobrze, słoneczko świeciło, autostrady - początkowo A4, a potem A1 radośnie wiły się pod kołami. Grupa jechała spokojnie, tylko Miki a to odbijał się piętami od podłoża, a to ruchem posuwisto – robaczkowym próbował wycisnąć ze sprzęta dodatkowy 1 km/h. Na koniec chyba przypomniał mu się film „Prawdziwa historia" o biciu rekordu prędkości, więc przybrał pozycję jak najbardziej aerodynamiczną, kładąc się płasko na motorze wystawił do tyłu swe bądź co bądź długie kończyny. Ponieważ wystawały one znacząco poza tylny obrys pojazdu, uważam, że powinien powiesić na nich kwadratową tablicę pomalowaną w ukośne biało-czerwone pasy. Za Gliwicami zjechaliśmy z autostrady i jakimiś przyjemnymi drogami wyjechaliśmy na ulicę Toszecką, prowadzącą prosto w kierunku Byczyny. Początkowo ruch był duży, ale w miarę oddalania się od Mementogrodu jechało się coraz milej. I tylko na horyzoncie przed nami, pomimo obiecanego przez wszystkie szanujące się instytuty meteorologiczne gorącego i bezchmurnego dnia ciągnął się pas ciemnych chmur. W okolicy Olesna, po przejechaniu ponad 100 km stanęliśmy na picie i ew. małe co nieco dla chętnych. Do celu było już niedaleko, więc po chwili, przed Byczyną zjechaliśmy z głównej drogi na Biskupice. Pierwszym naszym celem był drewniany gród rycerski zbudowany przez polsko – czeską organizację zrzeszającą miłośników okładania się kijami i paskami blachy po głowach i tułowiach. Mamy nadzieję, że członkowie tej organizacji są na tyle rycerscy, że nie okładają się po okolicy dolnej żaluzji w zbroi. Gród zlokalizowany na podstawie mapki dojazdu został precyzyjne wprowadzony do GPS. W Biskupicach urządzenie owo z dużą pewnością siebie nakazało skręt w prawo w drogę o odległej kolejności odśnieżania, ale jeszcze dość dobrą, bo wyłożoną kamieniami. Po kilkuset metrach droga znaczącą się zwęziła, a kamienie ustąpiły miejsca piaskom, żwirkowi i względnie wyschniętemu błotku. Przyszła mi nawet myśl o odwrocie, ale szerokość drogi uniemożliwiała nawrócenie co dłuższych motorów, czyli większości. Chyba tylko Miki nie miałby większych problemów, wziąłby motor pod pachę i ustawił we właściwym kierunku. Dodatkowych atrakcji dostarczały jeszcze zwisające po obu stronach gałęzie i gęste, a wysokie pokrzywy. Wreszcie wiem do czego tak naprawdę służą handbary. W końcu, jak już zupełnie straciłem nadzieję na ocalenie, jeśli nie z opałów drogowych, to z rąk Kolegów jadących z tyłu, wypadliśmy na wspaniały, bity trakt, twardy i szeroki. Nie żeby zaraz asfaltowy, ale twardy. Stanęliśmy w celu uspokojenia zszarganych nerwów oraz ustalenia dalszej trasy. Część ekipy uspokajała nerwy, część pognała na świeżo skoszone pole pobaraszkować na słomie, a ja pogadałam z sympatycznym rybakiem, czy nie wie czegoś na temat rycerstwa. Na szczęście wiedział i po odpowiedniej modyfikacji trasy po chwili pędziliśmy piękną choć wąską drogą asfaltową w kierunku groźnie wyglądających drewnianych murów, najeżonych palami ostrokołów, czy uroczo zielone fosie. Na wyznaczonych placykach porzuciliśmy motory i pognaliśmy zobaczyć gródek. Najpierw pooglądaliśmy mury i jeziorko z wypożyczalnią sprzętu pływającego, potem z dużym zainteresowaniem wisielca dyndającego na pobliskim drzewku, wydłubaną z pnia łódkę spoczywającą na dnie fosy i wreszcie sam obiekt. W środku grodu był spory placyk wypełniony różnym rycerskim dobrem. Były drewniane pojemniki z wodą i zanurzonym piecykiem służące najpewniej do kąpieli rycerzy, niewykluczone, że w zbroi. Był drewniany koń, który popychany przez wiernych giermków służył rycerzom do potyczek na turniejach, a niewykluczone, że i w starciach zbrojnych. Jak się dowiedzieliśmy, prawdziwy koń bojowy kosztował co najmniej dwie wsie, i to z mieszkańcami, a takiego można wystrugać przez popołudnie. Co prawda nie gryzie przeciwników w boju, ale może ich raczyć licznymi drzazgami, co na jedno wychodzi. Nad jednymi z drzwi wisiał topór i był napis karczma, co zaraz nam przypomniało, że jesteśmy głodni. Niestety, w lokalu siedziała jakaś grupa kolonistów, więc nie było szans na podreperowanie naszych ciał. Wobec tego poszliśmy do pobliskiej zbrojowni, a tam były zbroje, hełmy, pancerze i wszelaka broń biała zaczepno – obronna. Wobec tego poubieraliśmy na siebie co nam najbardziej pasowało, wzięliśmy miecze, halabardy, czy nawet topory i zaczęliśmy na sobie, a w zasadzie na kolegach, sprawdzać ich walory bojowe. I tak na zabawie miło mijał czas. Chcieliśmy sprawdzić, czy topór ma jakąś praktyczną przewagę nad mieczem jednorękim długim w temacie obcinania głowy. I nawet udało nam się przekonać Beti, żeby posłużyła jako obiekt doświadczeń – w planie było obcięcie pół głowy mieczem, a pół toporem i ocena efektów. W razie wątpliwości chcieliśmy użyć Violi jako próby kontrolnej i uciąć jej głowę czymś innym. Ale jak już Beti leżała na gniotku żal nam się zrobiło, głównie oczywiście Mikiego, że będzie musiał sam gotować i sprzątać i zaniechaliśmy doświadczenia. I wtedy przyszedł do nas prawdziwy rycerz, co to w jednej ręce ma okładanie się po głowach i brzuchach nawet i dokładnie opowiedział nam o trudnym i znojnym życiu rycerzy. I okazało się, że rycerz ubrany w pełną zbroję jest opancerzony nie gorzej niż tygrys królewski w czasie II wojny światowej. I do takiego rycerza dobrać się jest niełatwo. Miecz go się nie ima, strzała nie przebija, a co ważniejsze rycerz w pełnym zdrowiu i zbroi jest cenną zdobyczą, więc cała zabawa polega głównie na pojmaniu wroga wraz z dobytkiem. Jeśli jednak żądza likwidacji wroga przeważa nad potencjalnymi korzyściami materialnymi wynikającymi z jego pojmania, rycerze nie mają dużego pola do popisu. Ustawa o rycerstwie pozwala na: 1. Nakłucie gałki ocznej przez szczelinę hełmu. Jest to zabieg trudny do wykonania, ponieważ szczelina jest wąska, rycerz się rusza i nie chce ani chwili ustać spokojnie, a co gorsza może siedzieć na koniu, czy to bojowym, czy też drewnianym i to dodatkowo komplikuje zadanie. A ponadto, jak widzieliśmy szczeliny mają układ poziomy, ostrze miecza trzyma się raczej pionowo, więc zupełnie nie pasuje do otworu. 2. Nakłucie rycerza pod lewą paszką – jest to metoda najbardziej zalecana przez kodeks sztuki rycerskiej i polega na uniesieniu lewej kończyny górnej i wykonaniu torakocentezy pomiędzy górnym brzegiem zbroi, a dołem pachowym. Metoda sama w sobie jest skuteczna, ale pozostawia jednak nieco wątpliwości. Taki rycerz w zbroi, drogiej niebotycznie, w celu jej ochrony i zachowania w dobrym stanie musi bezwzględnie unikać wody. Czasem na bitwę jedzie się wiele tygodni, nierzadko latem, w upał, więc pod taką paszką może powstać nieświeżość wielka i jej uniesienie może się okazać zabójcze dla samego atakującego. 3. Metoda stosowana przez giermków, bezwzględnie zakazana dla prawdziwych rycerzy, polega na uniesieniu blaszanej żaluzji, którą posiada każdy rycerz w celu wygodnego siedzenia na koniu, czy też usuwania z organizmu nadmiaru płynów, a być może również wywarcia wrażenia na jakiejś nadobnej białogłowie i zadania cięcia straszliwego, mogącego pozbawić rycerza jakże ważnego organu służącego do zwiększania pogłowia rycerstwa. Niekorzystną okolicznością jest również wyżej opisany fakt unikania wody przez rycerzy w dni upalne przez wiele tygodni. Po tak szczegółowym zapoznaniu się z życiem i zwyczajami rycerzy, poszliśmy za mury, gdzie natrafiliśmy na stadko rycerskich kóz, świń, a nawet jedną lamę. Wygląda na to, że rycerze z gródka pojmali wraz z dobytkiem jakiegoś swojego kolegę z Południowej Ameryki. I ciekawe, czy był to imigrant z Hiszpanii, czy jakiś lokalny Inka lub Maja ? Dowódca rycerzy w gródku ostrzegł nas tylko, żeby uważać na kozły, bo są złośliwe i na lamę bo pluje. I tu muszę wynieść pod niebiosa odwagę Neila, który oswobodził z ciężkiego zapętlenia kózkę pod czujnym wzrokiem owego złowrogiego kozła. Ale czy to Neil wzbudził w postrachu grodu jakieś pozytywne uczucia, czy kozioł dostrzegł dobrą wolę i chęć niesienia pomocy potrzebującym i nie zrobił Neilowi żadnej krzywdy. Z grodku pojechaliśmy do Byczyny. Trasa wiodła już dobrą drogą i nie byłoby nic godnego uwagi, gdyby nie temperatura 19 stopni i całkiem intensywna ulewa, co się nijak miało do nawet najbardziej wiarygodnych prognoz. W Byczynie stanęliśmy na ryneczku, wśród średniowiecznych budowli i całkiem nowych bloków i poszliśmy coś zjeść. W Byczynie są cztery knajpy: jedna daleko, druga w hotelu – droga i zarezerwowana, trzecia Spichlerz – ładna i miła, za wyjątkiem obsługi. Pani kelnerka najpierw stwierdziła, że na posiłek poczekamy co najmniej pół godziny i nie wiadomo, czy wszyscy, czy też owe czasy będą się sumować, a na koniec w pół słowa się obróciła i poszła. To nas wnerwiło dokumentnie i poszliśmy do Hetmańskiej, która punktualnie o 14:00 otworzyła swe podwoje. W drzwiach stanęła pani kelner stosownie ubrana w białą bluzkę, ale kuchorza jakoś nie było. Nie pozostało więc nam nic innego jak jechać w stronę domu i zdać się na łut szczęścia, że jednak coś gdzieś zjemy. Ubraliśmy więc deszczochrony i ruszyliśmy w nieznane. W Raszce na domiar złego była zamknięta droga i musieliśmy pojechać objazdem. W końcu, jak już słanialiśmy się z głodu, na GPS pojawiła się obiecująca wiele nazwa „Złota Kaczka". Po dojechaniu na jej plac, okazało się, że obok jest jeszcze ładniejsza knajpka Zapiecek, gdzie podano nam całkiem fajne i pożywne jedzonko. Miałem trochę problemów z moim żurkiem, nad którym na grzance wisiało jajo i kupka chrzanu, ale dałem radę. Po jedzeniu, piciu, już bez deszczu mknęliśmy rączo w kierunku domu, oglądając z podziwem Mikiego, który dokonywał cyrkowych wyczynów na swojej cebrze. Pod Siewierzem pożegnaliśmy się, ja pojechałem z Neilem przodem, a Beti, Miki i Wiola mieli kaprys uczcić tak udany dzień lodami. Zwiedziliśmy kawał świata oraz dowiedzieliśmy się wiele o trudnym i odpowiedzialnym życiu rycerzy.


Wyprawy

<< Grudzień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V