Dzień 10 - do domu

Wczesnym rankiem wstałem z poczuciem źle spełnionego obowiązku. Niedziela rano, a my bez kawałeczka chleba. Chłopcy jeszcze spali, ubrałem się i po cichu wypchałem motor za bramę kempingu. Myślę, że wiele to nie pomogło, bo od bramy był dość stromy i długi podjazd pod górę, a więc jechałem wzdłuż płotu kempu nieco głośno. Ustawiłem w GPS najbliższe Tesco, wiedząc że u nas są całodobowe, a przynajmniej długo otwarte. Dojechałem - kicha. Wklepywałem kolejne centra handlowe – to samo. Albo w ogóle nieczynne, albo od 9:00. Przypadkiem wpadłem na targ – tu i owszem było czynne, ale handlowali kwiatami. Tak zdesperowany jeszcze nie byłem żeby serwować na śniadanie sałatkę. Jeżdżę więc po Egerze bez celu i nagle z jakiś drzwi wychodzi menel. A za drzwiami widzę ladę. Jest sklep i to otwarty. Wpadam, kupuję 4 pokaźne buły, 4 drożdżówki, kostkę dawno nie widzianego przez nas masła i na kemping. Myślałem, że wszyscy będą już ubrani siedzieć w siodłach i grzać silniki, a tu dramat. I to w trzech aktach. Kemping ogarnięty senną atmosferą, z rzadka ktoś się rusza, a już zdecydowanie nie w naszym domku. Huknąłem więc donośnie i energicznie i towarzystwo zaczęło wstawać. A wstawali oni wybitnie nienerwowo, rzekłbym nawet ospale i w sposób nieskoordynowany. Zacząłem się bać, że może to być efektem likwidacji nadmiaru antałków przyniesionych nierozważnie z piwniczki. Zrobiłem więc śniadanie, pogoniłem towarzystwo do jedzenia, co o dziwo nie było sprawą prostą, spiłem kawą i zarządziłem do pakowanie. W końcu ruszyliśmy. Jechaliśmy w stronę Słowacji krętymi, miłymi dróżkami. Bałem się jechać szybciej, bałem się wyprzedzać z uwagi na ową niebezpieczną ospałość grupy. W końcu samopoczucie zaczęło się poprawiać i opuściliśmy Węgry. Przed Luczencem zatankowaliśmy i dalej. Trasa przez Słowację była dość szybka, więc nieznacznie łamiąc przepisy zbliżaliśmy się do naszych terenów. Wczesnym popołudniem wpadliśmy do ulubionego Chopper Clubu we Vrutkach. Zjedliśmy i wypiliśmy co dali i pognaliśmy na północ. Czechy, Polska i już po chwili staliśmy na parkingu za Żorami na ostatnie pożegnanie. I po wydaniu po raz ostatni okrzyku Dzikich Wieprzy „CYCKI" z uśmiechami na twarzach rozjechaliśmy się do domów.


Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V