Dzień 07 - do Poienari

Nastał nowy dzień - chyba najmniej ciekawy, za to z najdłuższym przelotem. Wstałem przed szóstą i heja do morza. Tradycyjnie traska w głąb morza i powrotem. Może do Jałty nie dopłynąłem, ale na pewno byłem już bardzo blisko. Tylko trochę się bałem floty czarnomorskiej - podobno ma duże wycieki uranu, a to mi szkodzi. Wróciłem do domku i zacząłem hałasować. Chłopcy powstawali i zaczęliśmy przyrządzać śniadanie. W planie była pyszna jajecznica na salami. Pieczołowicie ustawiliśmy kuchenkę, rozgrzaliśmy patelnię, wrzuciliśmy cienko pokrojone salami i zaczęliśmy go smażyć. Jak już się wytopiło i ładnie przyrumieniło zaczęliśmy wbijać jajka. Przy czwartym okolicę zalał charakterystyczny aromat jajka drugiej klasy świeżości. Nasza pyszna jajecznica wylądowała w koszu, a na patelni wylądowała puszka z mielonką. Jak się wytopiła i pięknie zarumieniła, zaczęliśmy wbijać pozostałe jeszcze jajka. Tym razem, nauczeni doświadczeniem wbijaliśmy po jednym do kubka i dopiero na patelnię. Śniadanie było świetne, jak tylko mężczyźni mogą zrobić. Po śniadaniu nastąpiło pompowanie koła goldasa. A pompowanie goldasa to ceremoniał, rytuał, a nawet ciężka i niebezpieczna praca. Gutek trzymał kable gołą ręką na bezpiecznikach, a Jurek wczołgał się pod podwozie i starał uzupełnić braki luftu. Być może im się udało, ale pewny tego nie jestem. Po tym zabiegu spakowaliśmy się i pojechaliśmy do Konstancy. Jest to drugie co do wielkości miasto Rumunii, co świadczy wyraźnie o naszej determinacji w chęci zobaczenia kasyna. Stanęliśmy w pobliżu naszego celu na sympatycznym placyku. Jak się potem okazało był to plac Owidiusza, mojego kolegi po fachu, czyli wielkiego rzymskiego poety, wygnanego na zadupie za niezgadzanie się ze zdaniem cezara. Ze zdaniem cezara zgadzać się powinien każdy poeta. Z placu Owidiusza już pieszo poszliśmy w kierunku morza, wiedząc, że kasyno jest na wybrzeżu. Minęliśmy jakieś budynki marynarki w małą latarenką morską, duży blok w stanie surowym otwartym chylący się ku upadkowi, pamiętający z pewnością czasy Wielkiego Conducatore i dotarliśmy do nadmorskiego deptaka prowadzącego wprost do kasyna. Budynek z daleka robił spore wrażenie. Był naprawdę ładny. W miarę zbliżania się narastało w nas wrażenie, że coś tu nie gra. I nie chodziło o gry hazardowe. Budynek, piękny secesyjny budynek, pełen ciekawych motywów architektonicznych stał opuszczony, zaniedbany, zamieszkały głownie przez ptaki. Wisiały jeszcze ozdobne żyrandole, zasłony, lustra. Zostało część zdobień. Szkoda. Wróciliśmy do motorów i pojechaliśmy w kierunku autostrady. Bo w Rumunii jest autostrada. Zaczyna się kawałek za Constancą i ciągnie się aż do Bukaresztu. Autostrada zaczyna się nowym mostem na Dunaju, za który zbierają opłatę. Nawet od motocyklistów! Potem kawał nudnej autostrady i już jest Bukareszt. Bukareszt ma swoją obwodnicę. Obwodnica Bukaresztu jest zakorkowana gorzej, niż Aleje Krakowskie w Warszawie, więc nie wiem, czy spełnia swoją rolę. Było tego ponad 30 km, ale wystarczyło żebyśmy się pogubili. Od Bukaresztu do Piteszti też jest autostrada, i jakoś udało nam się na nią wjechać, z tym, że Jurkowi w przeciwną stronę. Po wielu naradach i konsultacjach telefonicznych spotkaliśmy się na stacji benzynowej. Dalsza droga do doliny Arges przeszła bez problemu. Tankowanie w Curtea de Arges, przelot do Poienari do naszego ulubionego Pensjonatu Dracula. Pensjonat był opanowany przez kolonie, ale dzieciaki dały nam spokój. Piwo, piwo i kolacja. A kolacja to było niebo w gębie - mamałyga z ostrym owczym serem i kwaśna śmietana. Poezja. Potem nabyliśmy jeszcze flaszkę lokalnego wina, małe występy przy słupie i spać.


Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V