Dzień 05 - do Mahmudii

Nasze motorki miał gwarantowany nocleg tylko do godziny 7:00 czasu lokalnego, czyli do 6:00 naszego. Miłość do maszyn spowodowała, że wszyscy wstali o tak wczesnej porze bez szemrania, gadania i morderczych myśli w stosunku do mojej osoby. Po raz pierwszy nie musiałem się oglądać ze strachem do tyłu, czy ktoś nie czai się z narzędziem mordu za moimi plecami. Może chłopcy nie wyglądali jak skowronki, ale byli na chodzie i trzeba było zrobić śniadanie. W tym celu zebraliśmy się w pokoju, ustawiliśmy kuchenkę w klopiku i gotowaliśmy pyszne francki z Orzesza. Jak na francki przechowywane w 40 stopniach dotrwały w całkiem dobrym stanie i pogrom z Rewala się nie powtórzył. Zjedliśmy pyszne śniadanko, popiliśmy pyszną kawą, spakowaliśmy się i czas ruszać w drogę. A tu Axel znikł. Rozważaliśmy możliwość porwania kolegi przez okoliczną ludność nastawioną być może wrogo do Kolegi Axela, ale wodny obłok wydobywający się obficie z myjni samochodowej nakazał nam szukanie go w tym pomieszczeniu. Okazało się oczywiście, że Axel po raz kolejny zresztą mył swój i tak całkiem czysty motor. Wspólnymi siłami wyrzuciliśmy Axelka z myjni i pognaliśmy na południe w stronę Gałacza. Droga ruchliwa, nudna, nieciekawa. Jedyną atrakcję stanowił most nad rzeką Siret, gdzie na dolnym poziomie biegła droga, a nad naszymi głowami linia kolejowa. W jakieś raczej brzydkiej wsi na pobocze zjechał Gutek, więc stanęliśmy i my. Okazało sie, że tradycyjnie odkręciła mu się śrubka ze stelażu sakw. Leżąc w przydrożnym rowie wśród rumuńskich śmieci dokręcał ją w ekstremalnych warunkach. Obok nas stała całkowicie spalona ciężarówka, więc wyobraźnia pracowała, jakie to niebezpieczeństwa mogą jeszcze czyhać na nas. W czasie gdy Gutek zalewając się potem i mrucząc do siebie z jednej strony bardzo fachowo, a z drugiej zupełnie nie parlamentarnie, myśmy rozmawiali z bardzo komunikatywną ludnością miejscową. To znaczy oni mówili głównie po rumuńsku, myśmy rewanżowali się piękną polszczyzną, ale rozmowa toczyła się miło, była bogato okraszona licznymi gestami i nikt Gutkowi w pracy nie przeszkadzał. Nawet nie było komu podać mu klucza. Ciężką pracę Gutka od czasu do czasu przerywał tylko trzask migawki, co mam wrażenie bardzo mu uprzyjemniało leżenie w śmieciach pod motorem i czemu dawał wyraz wykrzykując wesoło okrzyki pełne aprobaty, głównie zaczynające się na „K". W końcu sakwa zawisła na swoim miejscu i pojechaliśmy dalej. Wjechaliśmy do całkiem sporego i raczej nijakiego Gałacza i wiedzeni przez GPS-y dotarliśmy w okolice jedynego ładnego zabytku - czyli cerkwi Precista. Za jakąś kobietą wdarliśmy się na teren cerkiewki i walimy zdjęcia. Po chwili wypada z krzaków tubylec wrzeszcząc jak opętany „No photo, danger". Obejrzałem zaniepokojony mój aparat, ale nigdzie nie leciały iskry, nie owinęła się dookoła niego żmija, ani nie stałem na średniowiecznej zapadni, choć tego ostatniego nie mogłem być całkiem pewien. Żeby nie zadrażniać stosunków międzynarodowych między naszymi państwami, ostrożnie wycofywaliśmy się w kierunku wyjścia. Tubylec widząc naszą postawę uległą też zdecydowanie złagodniał, otworzył cerkiewkę, zaprosił nas do środka i pozwolił na swobodne zwiedzanie i fotografowanie. Nawet trochę starał się opowiedzieć o obiekcie. Bardzo zdziwieni pooglądaliśmy sobie wszystko dokładnie, uiściliśmy parę lei i wyszliśmy na dwór. Oddaliłem się trochę żeby zrobić zdjęcia całego budynku i wtedy zobaczyłem spory krzyż na wieży trzymający się na włosku. Pod warunkiem, że krzyż miał włoski, bo inaczej zupełnie nie wiem, na czym się trzymał. I już wiem, co nam groziło :) Ponieważ przewodnik nie zachęca zbyt gorąco do zwiedzania innych obiektów, wsiedliśmy na motory i pojechaliśmy do portu, przeprawić się promem na drugi brzeg. Prom akurat stał po naszej stronie, była spora kolejka samochodów, ale obsługa kierowała nas prosto pod zjazd. Stanęliśmy i czekamy, aż zjadą auta z pokładu. Po chwili mamy wjeżdżać, ale podchodzi do nas marynarz z promu i chce bilety. My oczy jak spodki – jakie bilety ? My ? Okazało się, że jest kasa i są bilety. Jest nawet pozycja – motocykle. Czyli prawdopodobnie nie jesteśmy pionierami w przeprawie motorów przez Dunaj. Na szczęście motor + kierowca to tylko 4 leje (1 piwo) i po chwili wjeżdżamy na pokład. A pokład jest blaszany z naspawanymi pogiętymi prętami zbrojeniowymi. Chwiejąc się i podskakując wjeżdżamy do jakiegoś kącika i z ulgą stawiamy sprzęty na podpórki. Zrzucamy kaski, kurtki i zaczynamy ogarniać okolicę. Prom jest spory, wjechało na niego mnóstwo aut, ciężarówek, rowerów i spora grupa pieszych. Odbijamy do brzegu i ruszamy w równo 1000 m metrową podróż (wg GPS). Pluskając wesoło na falach przejechaliśmy na drugi brzeg i jakoś bez większego bólu ruszyliśmy w dalszą drogę. Jechaliśmy przez płaskie tereny z licznymi kanałami, rozlewiskami, trzcinowymi chatkami. Po prawej ręce ciągnęły się niewysokie wzgórza, do złudzenia przypominające moreny boczne lodowca. I tak dojechaliśmy do Tulcei. Trochę pokręciliśmy się po całkiem ładnym mieście i zaparkowaliśmy tuz koło portu. Krótki spacerek wzdłuż nadbrzeża, oglądanie stateczków i łódek i dochodzimy do miłej knajpki, serwującej zupkę rybną. Tym razem nie flaczki, tylko rybka – w końcu delta. Rybka popita gejowskim piwem zła nie była, ale wolimy kuchnię węgierską. Ruszamy dalej do pobliskiej już Mahmudii. Stajemy na placyku nad wodą i podjeżdża do nas ciemny typ na rowerze. Po krótkich negocjacjach uzgadniamy że naszym wspólnym językiem jest rosyjski. Typ okazał się całkiem miłym Ukraińcem, dysponującym niezłą łodzią oraz znajomym właścicielem przyjemnego pensjonatu. Zaprowadził nas tam, gospodarz pokazał pokoje – całkiem fajne, z klimą, łazienką, wynegocjowaliśmy cenę za pokój i śniadanie, a Gutek dodatkowo wynegocjował karafkę dobrej palinki. Wobec tego parę kieliszków palinki, prysznic, sklep z piwem i pędzimy na przystań do naszego nowego znajomego. Łódź okazała się godna zaufania, silnik pracował dobrze, wobec tego ufnie ruszyliśmy w 65 km podróż po Dunaju, kanałach, limanach. Wspaniała przyroda, mrowie ptaków, ryb, małży i innych zwierzątek. Płynęliśmy przed siebie chłonąc widoki i pierwotną przyrodę. Gutek ładnie ujął to, twierdząc, że delta wygląda jak Amazonka, tylko bez krokodyli i piranii. Zdjęcia, filmy, piwo. Nawet nie wiemy, kiedy minęło popołudnie i zaczęło się ściemniać. Ciemną nocą dopłynęliśmy do Mahmudii i poszliśmy do zachwalanej przez naszego Ukraińca knajpki Ana. Zamówiliśmy po rybce i karafkę wina. Czekając na jedzenie Gutek pouczał kapitana naszego stołu knajpianego o zasadach nawigacji. Kapitan nic nie powiedział, a stół stał jak go postawili. W końcu jedzenie zajechało, zostało stosownie potraktowanie i zmęczeni oraz pełni wrażeń wróciliśmy do pokoi. Zwaliliśmy się do łoży i po chwili spaliśmy najlepsze.


Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V