Dzień 04 - do Adjud

Nastał słoneczny poranek. Wylegliśmy przed pokoje. Nastrój jak to rankiem mało bojowy. W końcu poszliśmy na śniadanko i po jedzeniu zaczęliśmy pakowanie. Choć w pensjonacie było nam bardzo dobrze, czas gonił. Przez Targu Muresz przejechaliśmy bardzo sprawnie i po chwili gnaliśmy dość przyjemną drogą wśród wzgórz na wschód. Po kilkudziesięciu kilometrach stanęliśmy na stacji. Powlewaliśmy w siebie i motory płyny, pomachaliśmy grupce motonitów z bliżej nieokreślonego kraju. Na stacji siedział dziad i baba z koszyczkiem. Czyżby zbierali na coś ?. Po odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. Niepostrzeżenie wzgórza przeszły w większe górki i dojechaliśmy do Praid. Jest tu stara i bardzo ciekawa kopalnia soli. Jak się potem okazało w przewodniku główne hale znajdują się na głębokości 120 m. Zatrzymaliśmy się w centrum i szukamy miejsca do stanięcia. Albo pełno, albo nas przeganiają - zgroza. W końcu stajemy na jakimś lichym trawniczku. Kasa, bilet i pakujemy się do autobusu - normalnego, miejskiego autobusu. Pojazd po chwili rusza i wjeżdżamy w sztolnię kopalnianą. Jedziemy na stojąco spory kawałek ciemnym korytarzem i w końcu stajemy w jakiejś małej zatoczce. Wysiadamy z busa w środku sztolni jak na przystanku. Autobus rusza dalej, my idziemy za bywalcami tych podziemi. Długo schodzimy schodami oraz korytarzami i wchodzimy do ogromnej sali. Wrażenie niesamowite. Chodzimy od sali do sali, wszędzie tłumy ludzi spacerują, grają w tenisa, siatkę, ping-ponga. Czytają, bawią się komputerami. Znajdujemy kościółek, nawet okna się świecą. Są knajpki, stoisko z winem. Snujemy się po salach, podziwiamy ogrom tego obiektu. W końcu szukamy wyjścia, co wcale nie było takie proste. Pokonujemy setki schodów, sal, korytarzy. W końcu przy pomocy pani z obsługi dochodzimy na przystanek. Po kilku minutach podjeżdża autobus i wywozi nas na powierzchnię. Po wydostaniu się na światło dzienne wpadamy na prawdziwego indiańca, któremu do niewymownej części ciała wskoczył struś i wystawał tylko ogon - i to kolorowy. A indianiec grał indiańskie melodyjki - wydawało nam się, że z playbacku. Posłuchaliśmy chwilę i szukamy naszych sprzętów. Motory stały tak, jak je zostawiliśmy, pomimo tego, że Axel twierdził, że znajdziemy same ramy. Odpalamy i jedziemy dalej na wschód. Pojawia się ładny pensjonat z restauracją. Niestety, obsługa była niemiła i zupełnie pozbawiona walorów, jakimi powinna oznaczać się obsługa knajpy. A Jurek zrobił im taką przyjemność zamawiając ciorbę fachowo - po rumuńsku. I sprawiali wrażenie, jakby poważne wydanie rozmówek polsko - rumuńskich było dla nich zupełnie niezrozumiałe. Zjedliśmy po ciorbie i mkniemy dalej. Góry stają się coraz większe, okolica coraz bardziej malownicza. W końcu wjeżdżamy na całkiem sporą przełęcz i pojawiają się przed nami skaliste górki. Powoli jedziemy w dół. Po lewej widzimy malownicze Lacu Rosu, co można przetłumaczyć jako Jezioro Czerwone. Jezioro jest oczywiście zupełnie zielone. Parę fotek i zagłębiamy się w skalny labirynt Wąwozu Bicaz. Jest to według przewodnika drugi co do głębokości wąwóz Europy – ma głębokość ponad 400 m. I rzeczywiście, wąwóz robi się coraz węższy, skalne ściany zaczynają naciskać z obu stron. Miejscami jest tak wąsko, że dnem biegnie całkiem cieniutka droga, na którą pchają się nierówne skalne ściany oraz ściśnięta rzeczka Bicaz. Gdyby nie liczne kramiki ustawione gdzie się tylko da, oraz częściej, gdzie się zupełnie nie da, byłoby bardzo pięknie. A tak było tylko pięknie. Powoli sunęliśmy między skalnymi ścianami uważając na wystające na jezdnię elementy, podziwiając sam wąwóz oraz sterczące powyżej malownicze skałki. Pooglądaliśmy też kramiki, ale wszędzie rządzą Chiny. I to w najgorszym wydaniu. W końcu wąwóz został za nami i jedziemy przez kolorowe wioski. Wjeżdżamy do Piatra Neamt – bardzo ładne, zadbane miasto. Trochę je pozwiedzaliśmy z motorów kręcąc się po centrum. Możemy je z czystym sumieniem polecić. Za miastem zaczęła się droga bardzo szybkiego ruchu, na mapie zaznaczona jako czteropasmowa. W praktyce pasma są dwa wraz z dość szerokim poboczem, używanym przez lokalesów jako pas wolniejszego ruchu. Dzięki temu oraz ogólnie małemu ruchowi kilometry leciały niezauważenie. W końcu nadeszła pora noclegu i stajemy od czasu do czasu przy kolejnych pensjonatach sprawdzając, czy są nas godne. Niestety, przez pierwsze kilkadziesiąt kilometrów albo były brzydkie, albo niesympatyczne, albo bez miejsc na schowanie motorków. W końcu dojechaliśmy do obiektu o dość zadowalającym standardzie posiadającego własną myjnię samochodową. I ta myjnia przeważyła – na noc była zamknięta na klucz i nasze motorki spędziły bezpiecznie noc. Było piwo i wredny patron, który darł się nieustannie na wystraszone pracownice. Niemiłej atmosfery nie łagodziło nawet zimne piwo, więc zebraliśmy się do pokojów, partyjka chińczyka na dobranoc i spać.


Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V