Dzień 03 - do Targu Muresz

Wstaliśmy rano. Po nocy pełnej krzyków charakterystycznych dla tego typu obiektów rankiem nastała cisza. Wyszedłem na plac, pooglądałem raz jeszcze panienkę na bilbordzie i z żalem pomyślałem, co mnie tej nocy ominęło. Poszedłem zobaczyć, jak się czują motorki, ale im było dobrze. Wszyscy powstawali i poszliśmy na śniadanie. Wytłumaczyliśmy pani po węgiersku, kto chce jajecznicę ściętą, a kto nieco rzadszą, że chcemy kawę i masełko. Jakoś poszło, tylko Axel niedowiarek poszedł do kuchni pilnować swojej potrawy. Chyba nie wierzył swój węgierski. Wystawiliśmy rzeczy, wyprowadziliśmy motory na dwór i pojechaliśmy. Po kilkudziesięciu kilometrach stanęliśmy przed rumuńską granicą. Kontrola dokumentów i jesteśmy po drugiej stronie. Po kilku dalszych kilometrach dojechaliśmy do Satu Mare. Miasto dość spore, nawet niebrzydkie, choć na kolana nie rzuca. Stanęliśmy w centrum, pooglądaliśmy rynek i parę budynków, kupiliśmy pyszny antybiotyk dla Gutka. Okazało się, że w Rumunii antybiotyki można nabyć bez bólu, bez recepty i nawet nie są przesadnie drogie. Z Satu Mare pojechaliśmy na południowy wschód do Baia Mare. Upał zrobił się spory, więc na stacji przed miastem zdecydowaliśmy się na ominięcie centrum i jazdę skrótem do drogi na Dej. Jakość skrótu może nie powalała, ale po kilku kilometrach znów jechaliśmy dobrą drogą, a całe centrum sporego miasta zostało z boku. Po takich przeżyciach uznaliśmy, że nastał czas na ciorbę. Stanęliśmy z przydrożnej knajpce i podeszła do nas zjawiskowa kelnerka. I owa kelnerka była tak hojnie i uroczo obdarzona przez naturę, że obiad ten spożyliśmy z dużą przyjemnością, zarówno kulinarną, jak i estetyczną. I krew się nasza wzburzyła, źrenice rozszerzyły, a serca bić zaczęły niebezpiecznie szybko. A to w naszym wieku może być groźne. A jak wiadomo, na taki stan najlepszy jest zimny prysznic, więc po chwili na niebie pojawiły się sine chmury i zaczęło padać. Niestety, opad był mizerny, więc choć nieco ukoił rozszalałe hormony, to do końca wyjazdu owe dwa cudeńka pozostały motywem przewodnim wyprawy i wszystko nam je przypominało. W Dej stanęliśmy na chwilę przy pensjonacie, gdzie spaliśmy 4 lata temu i powspominaliśmy te dawne, pionierskie czasy. Dalsza trasa do Targu Muresz wiodła piękną okolicą, wśród malowniczych wzgórz, jeziorek i sympatycznych wiosek. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie droga. Asfalt był albo bardzo nierówny i dziurawy, albo nie było go w ogóle. I tak sunęliśmy tą piękną okolicą zaliczając kolejne dobicia zawieszenia i gwałtowne wstrząsy motorów. Był to pierwszy i nieostatni test Goldwinga w roli enduro. W końcu wyjechaliśmy na drogę o niebo lepszą i o niebo niebezpieczniejszą. Stosunkowo dobry asfalt pozwalał na rozwinięcie większej prędkości, ale w drodze były dziury. Były one rozlokowane nieregularnie, co kilkadziesiąt lub kilkaset metrów, miały około 1 metra średnicy i około pół metra głębokości. I do tego dość spionizowane ściany. Wpadnięcie do takiej dziury najpewniej skończyłoby się utratą przedniego koła, a jak powszechnie wiadomo, kontynuacja jazdy bez tego elementu motocykla byłaby nieco kłopotliwa. Nie wspominając o możliwości utraty ważnych organów przez kierującego. A okolica malownicza, oczka błądzą po okolicznych wzgórzach, domkach i jeziorkach. Na szczęście jakoś się udało i do Targu Muresz dotarły 4 motory na 8 kółkach. W planie był nocleg na kempingu. Jeździmy więc po okolicy, gdzie miał się on według aktualnego przewodnika Pascala znajdować, lokalesi mówią albo, że jest kawałek dalej, albo, że w Targu Muresz w ogólne nie ma kempingu. Miasto zjeździliśmy dość dokładnie i skłaniamy się teraz do tego drugiego zdania. Pozostały więc pensjonaty. "Everest" miał fajną nazwę, ale był ogólnie nieciekawy, parę było albo brzydkich, albo nie gwarantowało noclegu motorkom, stanęło w końcu na pensjonacie o wdzięcznej nazwie "Tempo". Miał fajną knajpkę, zamykany na noc parking i pokoje w połowie klimatyzowane. To znaczy pokój klimatyzowany miał Axel z Jurkiem, a nieklimatyzowany Gutek i ja. Piwo, prysznic i pędzimy na miasto. A miasto jest bardzo ładne. Ciekawa secesyjna architektura, zabarwiona rumuńskimi akcentami, ciekawy rynek, Wilczyca Kapitolińska w ośmioma wydatnymi i wyeksponowanymi symbolami wypadu, fajna cytadela i parę kościółków. Ogólnie gorąco polecamy to miasto do zobaczenia, a pensjonat "Tempo" do noclegu. Po spacerku kolacja i chwila na wyciszenie zszarganych nerwów. W tym celu rozegraliśmy emocjonujący bój w "Człowieku, nie irytuj się" co nas wyraźnie uspokoiło i umożliwiło spokojne zapadnięcie w sen.


Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V