Dzień 02 - do Mateszalki

Nastał sobotni poranek. Po nocnych zlewach świat był zimny i zasnuty mgłą. Z czasem mgły opadały i pojawiały się kolejne góry. Wstaliśmy i zeszliśmy na śniadanie. Było nader wypaśne. Jak już najedliśmy się do oporu i na zapas, pani wniosła ogromny talerz smażonego na jajkach chleba. To nas osłabiło dokumentnie. Po śniadaniu pakowanie, płacenie i w palącym słońcu ruszamy na południe. Po kilku kilometrach stajemy przy drodze. Trzęsiemy się z zimna – słonce grzało, ale 12 stopni nie pozwala na jazdę w strojach mocno niekompletnych. Przez Kieżmark dojeżdżamy do Lewoczy. Pięć minut na rynku, żeby zobaczyć co w mieście nowego. A że wiele się nie zmieniło, mkniemy dalej. Kolejnym punktem jest Siwa Broda – wodny gejzer na trawertynowym pagórku. Cokolwiek by to znaczyło. Ale nauczyłem się nowego słówka – trawertynowe. Miejsce znaleźliśmy bez bólu dzięki charakterystycznej kapliczce na wzgórzu. Kiedyś ten gejzer podobno tryskał wysoko w górę, ale teraz (coś w nim grzebali) woda nieregularnie podskakuje na ok. 30 cm. Pomysł kąpieli bez ubranek wzorem „gangu dzikich wieprzy" nie zyskał powszechnej aprobaty. Pooglądaliśmy gejzerka i jedziemy dalej. Kolejny przystanek na rynku w Preszowie. Podjeżdżamy pod strefę tylko dla pieszych i stawiamy motory na bocznej uliczce. Jurek wrednie podpuszczany przez Axela mota wszystko kilometrami stalowej liny. Idziemy boczną uliczką, mijamy wielką filiżankę kawy, piwniczkę z winami i wychodzimy na rynek. Rynek duży, otoczony pięknymi kamieniczkami. W środku stary kościół św. Mikołaja. A po prawej urodziwe popiersie nadobnej niewiasty zaopatrzone w oba motywy przewodnie wyjazdu. Owo popiersie bardzo przypadło do gustu Jurkowi i kazał nam się z nim fotografować. Po gruntownych oględzinach okazało się popiersie być postacią historyczną, a mianowicie cesarzową Sissi, postacią jakże ukochaną przez nadobną część naszego klubu. A może nie tylko naszego ? Porobiliśmy fotki i zwiedzamy dalej. Kolejny ciekawy obiekt to fontanna Neptuna. Świadczy ona dobitnie o morskim charakterze miasta. Niestety, morza nie znaleźliśmy. Za fontanną jest wzniosła kolumna zakończona kilkoma gwiazdami oraz kilkoma sierpami i młotami. Kolumna ta najpewniej poświęcona jest ciężkiej pracy mieszkańców miasta na roli oraz w fabrykach przy świetle gwiazd. A przynajmniej tak mi się wydaje. Stojący nieopodal dom, opisany cyrylicą „Ruski dom" świadczy o dużej gościnności mieszkańców miasta, którzy przeznaczyli wypaśny budynek dla gości zza pobliskiej granicy. I jeszcze opisali go w zrozumiały dla nich sposób. Potem podeszliśmy do bardzo pogiętego pomnika. Najpewniej jest on poświęcony ofiarom preszowskiego oddziału ortopedycznego (sorki nasi ortopedzi !!!). Próbowaliśmy go heroicznie prostować, ale już nic się nie dało zrobić. Z Preszowa jest rzut beretem do Koszyc, więc po chwili staliśmy na stacji benzynowej w tym mieście lejąc do baków i gardeł stosowne płyny. Po ich uzupełnieniu pojechaliśmy na rynek. Motory zostawiliśmy tradycyjnie koło radiowozu i poszliśmy na rynek. Pooglądaliśmy katedrę św. Elżbiety, dzwona Urbana, urokliwy rynek i udaliśmy się do pobliskiego sklepiku z lahodkami na małe co nieco. Zdecydowanie pokrzepieni cieleśnie zobaczyliśmy jeszcze ładną fontannę i wróciliśmy do motorów. W drodze powrotnej z zainteresowaniem przyjrzeliśmy się ciekawej panience. Z Koszyc jadąc dość szybko i nierzadko nieprzepisowo osiągnęliśmy Tokaj. Na pierwszy ogień poszła sympatyczna czarda z bardzo dobrą rybną zupką, a potem nasza ulubiona piwniczka pełna złotego trunku. Po niestety skąpych degustacjach napełniliśmy co się dało różnymi gatunkami tokaja i pojechaliśmy dalej. Przed Mateszalką GPS-sy pociągnęły nas bocznymi, ale fajnymi traskami. Przy jednej Axel znalazł ciekawą roślinkę, dającą jej użytkownikom chwile szczęścia i lepszego postrzegania świata. Trasa miała się kończyć przed bramą pensjonatu, niestety wyglądało to raczej na tereny fabryczne i jakiś zakład wulkanizatorski. W tej sytuacji jeżdżąc trochę na oko, a trochę posiłkując się informacjami Węgrów (udzielanymi zazwyczaj po węgiersku, a więc mało przydatnymi) znaleźliśmy ciekawy obiekt. Nazywał się Night Club i wabił nas zmysłowo pogiętą i stosownie roznegliżowaną panienką. Po długich negocjacjach z panem, prowadzonych oczywiście po węgiersku, uzyskaliśmy dwa pokoje z łazienkami, śniadanie oraz garaż dla motorów. Pan ze swojej strony chciał nas bardzo zaciągnąć do podziemi obiektu, (uległem i poszedłem), gdzie mieszczą się ciemne przedziały oświetlone kolorowymi lampkami oraz zasłonięte białymi szmatami, święcącymi upiornie w fioletowym świetle. Pan bardzo zachwalał ten przybytek i obiecywał nam niewypowiedziane rozkosze za jedyne 10E od osoby. Grzecznie mu odmówiliśmy, ale on nie chciał tak łatwo ustapić. Wypiliśmy zimne piwo i po chwili zajechała kolacja. Po głębokim namyśle doszliśmy do wniosku, że jej raczej nie zamawialiśmy, ale że nasza znajomość węgierskiego jest nader nikła, nie możemy tego jednak z całą pewnością wykluczyć. Wobec tego zjedliśmy niechcianą kolację i oddaliśmy się błogiemu lenistwu na werandzie przy butelce tokaju. I tak mijał wieczór i zmieniały się butelki. O właściwej dla mnie porze udałem się na spoczynek uruchamiając ubogą wersję klimatyzacji, czyli wiatraczek na rozdygotanych i przeraźliwie jęczących łożyskach. Chłopcy jeszcze trochę zostali i widzieli jak samochodem zajechało kilka panienek w znaczącym dezabilu, czyli w szlafroczkach. I zgodnie twierdzą, że 10E to była kwota zdecydowanie zbyt wygórowana.


Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V