U Korzonka

Od samego poranka w kierunku Kotliny Kłodzkiej zmierzały grupki motocyklistów. Ci, którzy wyjechali stosunkowo wcześnie do celu dojechali suchym kołem. Ostatnia grupka w składzie Gutków dwóch oraz ja wyjechaliśmy bardzo późno z przyczyn wyższych i niebywale ważnych. Zatankowaliśmy i gazem na A1. Określenie gazem jest nieco przesadzone, ponieważ Dominik spory odcinek trasy pokonał na 1 cylindrze, co spowodowało obniżenie prędkości maksymalnej do kodeksowej, na szczęście w terenie niezabudowanym. Kolejne szczęście miało miejsce, jak w końcu zapalił drugi cylinder i prędkość zrobiła się trzycyfrowa. Po chwili skończyła się autostrada i nawet bez kolejki na bramkach opuściliśmy strefę płatnej jazdy. Szybki przelot do Nysy i nastąpiło tankowanie sprzętów i jeźdźców. Ruszamy dalej na zachód, ale na niebie zrobiło się nieładnie. Jakieś 10 km przed Kłodzkiem walnęło. I to walnęło srodze i z grubej rury. Na przygodnie spotkanym przystanku autobusowym, niepomni, żeby nie zawierać przygodnych znajomości, ubraliśmy się dokładnie i szczelnie i ruszyliśmy w dalszą podróż. Za Kłodzkiem opady powoli traciły na sile, by już w Ratnie praktycznie ustać zupełnie. Nad wsią rozciągnęła się przepiękna tęcza. Dojechaliśmy do Korzonka i zaczęliśmy się witać ze wszystkimi gorąco i dokładnie. Nieco złośliwie staraliśmy powycierać nasze kapiące wodą kondomy o zdecydowanie suchsze koleżanki i kolegów. Przebraliśmy się w stroje bardziej domowe i rzuciliśmy się na grillowane mięsa, kiełbasy, zagryzając je pieczywem i sałatkami. A wszystko obficie podlewaliśmy szczodrze podsuwanymi napojami, niekoniecznie bezalkoholowymi. Hitem wieczoru była nalewka Hani na korzonku, cokolwiek by to znaczyło. Pachniała żywicą, smakowała słodko i moc swą miała. Ekipa rozgrzana świeżo zremisowanym przez Polskę meczem z Grecją postanowiła rozegrać alternatywne mistrzostwa w fusbal i do późna w nocy we wsi słychać było krzyki bitewne oraz entuzjastyczne wycia. W odróżnieniu od zawodowej reprezentacji, nasza drużyna waliła bramkę za bramką i wbicie 10 goli zajmowało nam góra kilkanaście minut. W końcu zmęczenie wzięło górę i w Ratnie zapanowała cisza i spokój. Poranek nastał dość ciepły i prawie pogodny. W korzonkowej altance spotkali się miłośnicy kawy i herbaty, poczęstowani przez przemiłego gospodarza dzbankami wymarzonych napojów. I tak dotrwaliśmy do śniadania. Po pysznym jedzonku, małym relaksie, leniwie zebraliśmy się i rozsiedli na motorach. Najpierw pojechaliśmy do Czech, gdzie stwierdziliśmy, że nie będziemy wspomagać ich gospodarki i wróciliśmy do kraju, żeby zatankować maszyny. Po uzupełnieniu paliwa pojechaliśmy do opactwa cystersów w Krzeszowie. Prześliczny to i bardzo historyczny obiekt. I tak blisko związany z rodem Jaworskich :) Na początek poszliśmy nabyć bilety. I tu zaczęły się schody - nie było kasy, tylko biuro obsługi pielgrzymów, nie było biletów, tylko cegiełki. I tak z grupy motocyklistów przeistoczyliśmy się w jednośladową pielgrzymkę. Zamiast zestawu audio do zwiedzania, pani zaproponowała nam żywego przewodnika. Przewodnik okazał się być uroczym młodzieńcem ze sfilcowanymi dredami na głowie, całkiem żywym, choć z mocno podbitym okiem, wygadanym i z imponującym zasobem informacji. Ciągał nas po różnych budynkach i zakamarkach, opowiadał mrożące krew w żyłach opowieści o samym obiekcie, zakonie, a przede wszystkim o książętach jaworskich. Linię świdnicką świadomie pomijam, jako mało istotną w sprawach historii Śląska i Polski. Trochę się zmartwiłem wiadomością o bezpotomnej śmierci Bolka III Zamordowanego, bo to by przeczyło dotychczasowej wiedzy o zachowaniu gatunku i było dowodem na istnienie dzieworództwa. No bo jednak linia Jaworskich trwa w najlepsze. Po zwiedzeniu sumiennym opactwa za radą naszego przemiłego przewodnika poszliśmy na wieżę bazyliki. Była to droga przez mękę - wąskie schody zawieszone na średniowiecznych zaczepach nad gigantyczną przepaścią, mdlejące panie, rozrzedzone powietrze, wdzierający się w nozdrza zapach strachu. W końcu doszliśmy do platformy widokowej i mogliśmy podziwiać Krzeszów. Widok wart był poniesionego nieludzkiego wysiłku i zszarganych nerwów. Na te dolegliwości dla jednych najlepsza jest kawa i żurek, dla innych zaś duże porcje kalorii w postaci ciasta z bitą śmietaną. Wszystko to dostaliśmy w pobliskiej knajpce. Pijąc i jedząc przeczekaliśmy dość obfity deszczyk, po którym ruszyliśmy raźno do Bolkowa. Tam stanęliśmy na przyzamkowym parkingu. Pan parkingowy po krótkich negocjacjach za niewielką opłatą pozwolił na zaparkowanie motocykli oraz przechowanie w swojej kanciapie kasków i kurtek. Poszliśmy na zamek. Kiedy przechodziliśmy koło niewielkiej wiaty znowu walnęło i tłocząc się pod dachem słuchaliśmy Gosi, która czytała nam różne mądrości o tym obiekcie. Deszcz szybko ustał i poszliśmy na dziedziniec. Pooglądaliśmy działa, pogadaliśmy z panem rycerzem na temat zalet i wad broni białej, popróbowaliśmy czy można przeciąć jednym cięciem miecza ważne narządy szyi. Przeanalizowaliśmy dokładnie drzewo genealogiczne Piastów Śląskich, ze szczególnym uwzględnieniem linii książąt jaworskich. Drzewo wydawało mi się mocno niekompletne, bo jakoś w jego obfitej koronie nie dopatrzyłem się swej skromnej osoby. Z Bolkowa pojechaliśmy w stronę Walimia zobaczyć podziemne miasto kompleksu Riese. Droga była dalszej kolejności odśnieżania, zapomnieli położyć na niej asfalt, a dziury przekroczyły możliwości mojego zawieszenia. Z parkingu pognaliśmy pod wylot sztolni nr 4. Było tam nieco wojskowego sprzętu, zabawa którym pochłonęła nas bez reszty. W końcu po zwiedzeniu różnych wozów bojowych, ostrzelaniu okolicznych obiektów latających, czyli najpewniej nietoperzy zainteresowaliśmy się możliwością zwiedzania. Ostatnie wejście jest o godzinie 18:00, mieliśmy więc nieco czasu, który poświeciliśmy na spożycie grochówki. Była to dobra grochówka wojskowa marki Knorr. W końcu pan kazał ubrać nam kaski (nie było o zgrozo białych !!!) i zanurzyliśmy się w czeluściach Wolfbergu. Pochodziliśmy po różnych korytarzach, halach, zobaczyliśmy film o budowie tego kompleksu i poszliśmy popływać łodziami po zalanych korytarzach. Zajęliśmy dwa Tytaniki i ruszyliśmy w ciemną czeluść. Muszę pochwalić Kolegę Petrola, który dwoił się i troił, żeby utrzymać dobre tempo naszej jednostki. Spowodowało to kilka nieistotnych kolizji z drugą jednostką, ale o dziwo nikt nie utonął. Szkoda. Gdyby ktoś jednak utonął, a najlepiej żeby było to kilka osób, mógłby powstać na ten temat jakiś nowy a słynny film - np. Titanic II, w końcu z tego co wiem, James Cameron akurat nie ma co robić. Z Walimia pognaliśmy co silnik wyskoczy do korzonka na obiad. Po drodze stanęliśmy na przełęczy, z której mieliśmy prześliczny widok na zachód słońca. Między słońcem a nami ciągnął się wał ciemnych chmur, z których ewidentnie lały się potoki wody. Rozanielonych cudownym widokiem na ziemię sprowadził bezceremonialnie Memento w niewybrednych słowach, których przez wrodzony mi takt nie przytoczę, ponaglając do dalszej jazdy. Zajechaliśmy do Korzonka i dostaliśmy pyszny obiadek. Po obiadku tradycyjnie nastąpiły nocne Polaków rozmowy oraz zdecydowanie spokojniejsze niż w piątek rozgrywki w fusbal. Niedzielny poranek nastał ciepły i bezchmurny. Pomimo tego w grupę wkradła się atmosfera schyłkowości i dekadencji. Po śniadanku popakowaliśmy się i powoli zaczęli rozjeżdżać do domów. Ci którzy pojechali od razu do domów dojechali na sucho (i po co im to było ?). Wrocek wyjechał później i został należycie zlany. Aksel i ja korzystając z pięknej pogody pojechaliśmy do Skalnego Miasta w Teplicach. Posnuliśmy się pomiędzy gigantycznymi skałami, pochodziliśmy wąskimi korytarzami nie zauważając początkowo zmian zachodzących na niebie. Koniec wędrówki miał miejsce z lekkim deszczyku. Postanowiliśmy więc ten lekki deszczyk przeczekać w pobliskiej knajpce spożywając należny nam obiad. Po obiedzie z nieba lały się już potoki, a drogami płynęły rzeki. Ubraliśmy się we wszystko co mieliśmy i ruszyliśmy na Nachod, Kłodzko, Nysę. Kilometry leciały, leciał z nieba deszcz oraz fontanny wody spod kół samochodów. Na Anabergu przestało padać. Ubranka mięliśmy tak mokre, że nie chciało nam się rozbierać i postanowiliśmy je wysuszyć w czasie jazdy. 10 km dalej wpadliśmy w ponowną zlewę, która ciągnęła się do samego domu.


Wyprawy

<< Grudzień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V