Obiadek w Ołomuńcu

 

Niedzielnym rankiem, prawie słonecznym i ciepłym na stacji w Orzeszu spotkało się sześciu motocyklistów. Po krótkich rozmowach zgodnie ruszyli przez Żory, A1, Wodzisław do Chałupek. Przed granicą część polskiej waluty została wymieniona na walutę czeską, mającą nam pozwolić funkcjonować w tym pięknym kraju. Granice przemknęliśmy bez problemów i jechaliśmy dalej na Ostrawę. Pogoda niepewna, ale nie leje i jest jakby cieplej. Za Ostrawą zjechaliśmy z autostrady i miło falującą i krętą trasą przez Góry Opawskie dojechaliśmy do Opawy. Krótka jazda przez miasto, wśród klasycystycznych kamieniczek i znowu mkniemy raczej pustą, niezłą i malowniczą trasą na Ołomuniec. Tym razem pokonujemy Niżne Jeseniki. Na chwilę stajemy w jakiejś dziurze na dymka. Obok na postumencie stoi pan z grabiami i polewa sobie wodą nogi. A wydawały mi się czyste. Miejsce było o tyle fajne, że stała mapa ze zdjęciami i mam już kilka pomysłów na następne wypady. Jedziemy dalej, przed Sternbergiem mały objazd i po chwili jeździmy bez celu po miasteczku. To znaczy cel mamy - zabytkowe centrum i zamek, ale wszystkie drogi i ulice prowadzące w naszym kierunku były dokładnie zamknięte. Poddaliśmy się i stanęliśmy na poboczu. Axel obłożył swój motór skórkami z banana, żeby utrudnić gapiom oglądanie sprzęta. W kierunku zamku ruszyliśmy więc piechotą. Ku naszemu zdziwieniu i to nic nie dało, bo chcieli od nas jakąś większą kasę, a my nawet nie wiedzieliśmy za co. W końcu wyszło, że w mieście są jakieś europejskie zawody w czymś tam. Ponieważ mamy dość już naszego euro, żeby jeszcze zajmować się czeskim i to nie do końca wiadomo w jakiej dyscyplinie, zdecydowaliśmy się na jazdę do Ołomuńca. Chcieliśmy przed wyjazdem jeszcze napić się kawy i w tym celu zajrzeliśmy do Hospudki u Komara. Ale komar, jak to komar, działa dopiero od 16:00. Wsiedliśmy więc na motory i wyjechaliśmy z miasta bez problemów i w sporym ruchu dotarliśmy na lotnisko. Na lotnisku oprócz samolotu, co prawda bez śmigieł, ale zawsze, był klopik. A tego nam akurat było trzeba. Po jego użyciu pojechaliśmy do pobliskiego Ołomuńca i stanęliśmy na parkingu przy hotelu. Pani zdarła z nas trochę kasy, ale biorąc pod uwagę czas, jaki spędziliśmy w tym mieście, nie wyszło nas to drogo. Zobaczyliśmy ładny rynek, ładny ratusz i bardzo ładną kolumnę morową - zabytek pod patronatem UNESCO. Tu naszedł nas niedobry pomysł spożycia czegoś dobrego. Poszliśmy do knajpki oferującej miejscowe, morawskie specjalności. Zasiedliśmy przy stole i siedzimy. W końcu wkurzyłem się i zabrałem karty z baru. Wybór morawskich przysmaków był spory, dominowały ołomunieckie twarożki w różnej postaci - począwszy od zupy twarogowej, przez serki w różnych plackach ziemniaczanych. Wybór nas usatysfakcjonował, a siedząca od dawna grupa Czechów przy pustym stole nie wzbudziła żadnej czujności. A właśnie czujność była tam najbardziej potrzebna. Picie dostaliśmy stosunkowo szybko i to nas też nastawiło optymistycznie. Po jakimś czasie, nawet nie nadmiernie długim dostaliśmy nasze zupy czesnakowe. I gdyby na tym nasze zamówienie się skończyło, byłoby dobrze. Siedzimy więc i w końcu ciśnienie zaczęło nam się podnosić. Najbardziej podnosiło się ono u Gutka, który nie jadł zupy czesnakowej i nie doznał kojącego działania czosnku. W końcu pan pojawił się w drzwiach z dwoma talerzami, serca nasze zabiły żwawiej, ślina wytoczyła się z kącików ust, a oczy spoczęły nieruchomo na owych talerzach dumnie przez pana niesionych. Po chwili przez zabytkowe pomieszczenie przetoczył się jęk zgrozy i rozpaczy - pan zaniósł talerze grupie Czechów. Zaniósł dwa talerze, a ich było z dziesięciu plus kilkoro dzieci. Średnio co 10 minut drzwi kuchni się otwierały i wychodził dumnie pan z dwoma talerzami, które zanosił kolejnym dwóm Czechom. A oczy nasze mało nie wyskoczyły, a ślina płynęła wartko po podłodze, a Gutek unosił się coraz wyżej. I pewnie byłby uniósł się ostatecznie i śmiertelnie dla pana kelnera, na szczęście Jurek łagodził nieco sytuację opowiadając o czekających na niego w domu roladach. Dobrze, że o deserze nic nie mówił. Może nie chciał nas denerwować, a może nie miał w domu deseru ? W każdym razie dzień jeszcze się nie skończył, a wszyscy Czesi byli nakarmieni. Jacyś dobrzy ludzie, też nie wzięli deseru. Dzięki temu kucharz zrobił sobie po ciężkiej pracy pół godziny odpoczynku i zaczął gotować dla nas. A gotował jak mógł najszybciej. Co 10 minut z kuchni wyjeżdżały pięknie parujące dwa talerze i kolejna dwójka zabierała się za degustowanie morawskiej kuchni. Osoby które wzięły serki z plackach chyba wyszły na tym najlepiej, bo jedzenie było oryginalne i ciekawe. Jurek miał coś, co wyglądało na potrawkę z psa na placku ziemniaczanym, a Gutek, Gutek miał szczególnie pracochłonną potrawę. W każdym razie wszyscy z wyjątkiem Gutka już zjedli, zaczęli zbierać się od stołu, chcieli płacić, aż nagle pan wniósł drewnianą deskę z gutkową potrawą. Odnieśliśmy wrażenie, że w knajpie brakło już talerzy. Cała piątka ubrana w kaski, kurtki i rękawice nerwowo drobiła wokół stołu, a Gutek zaspakajał swój pierwszy głód. W końcu najadł się, zapłacił i raźno opuściliśmy knajpkę. Ogólnie nie polecamy knajpki przy wąskim pasażu na rynku w Ołomuńcu. Pogoda zdecydowanie się pogorszyła, padały pojedyncze krople deszczu. Wskoczyliśmy na motory i czym prędzej do autostrady D1. Na autostradzie przyśpieszyliśmy i uciekliśmy deszczowi. Trochę nas dogonił na stacji, ale do samego Wodzisławia było dobrze. W Wodzisławiu zaczęło już konkretnie padać, więc poubieraliśmy deszczochrony i rozjechaliśmy się do swoich domów.

 



Wyprawy

<< Sierpień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V