Kościelisko

W piątkowe, prawie pogodne popołudnie, spotkałem się z Gutkiem i pognaliśmy do Jacka. Trochę wyciągnąłem czasowo Gutka z pracy, więc ten przez jakiś czas spoglądał na mnie morderczo i ponuro. Na szczęście odzież motocyklowa wyposażona w przeróżne ochraniacze wytrzymała to bez problemu. Po chwili dołączył do nas Andrzej. Zadzwoniłem do Mikiego, który zamiast siedzieć na stacji na A4 stał nadal w niekończącej się kolejce przed bramkami. Miki zabronił nam jechać przez A4. W tej sytuacji pojechaliśmy do Podlesia zabrać przesympatyczną polsko - angielską parę na Triumphie i dalej na Kobiór, Bielsko, Żywiec. Prawie ładna pogoda zmieniła się niezauważenie w przelotne opady i tak skrapiani co chwila mknęliśmy na południe. Za Żywcem pogoda wyraźnie się poprawiła, a ruch zmalał. Szybkie picie i tankowanie, przeskakujemy przez Przełęcz Glinne i już po słowackiej stronie usuwany z organizmów nadwyżkę płynów. W Głowie Żubra skręcamy w lewo i opad szczęki. Droga, którą pamiętam jako dziurawą i wąską zmieniła się w piękną trasę o nowym i równym asfalcie i to zarówno po słowackiej, jak i polskiej stronie. Przelecieliśmy Jabłonkę, Czarny Dunajec i przez Dzianisz oraz pasmo Gubałowskie zjechaliśmy do Kościeliska. Tutaj pogoda była piękna, słoneczna, choć w zasadzie poprawniej byłoby powiedzieć księżycowa. Wspaniale widać była całe Tatry. Podjechaliśmy pod karczmę Sywor i na nasze przywitanie wyległa całkiem spora grupka motocyklistów, w większości z kuflami w rękach. To nam uświadomiło fakt, że jechaliśmy w ciepły dzień i jesteśmy spragnieni. Przebraliśmy się w pokojach i pognaliśmy na salę spożyć coś i coś wypić. Wesoło rozmawiając degustowaliśmy różne trunki, poddawane przez Gutka szczegółowym badaniom na zawartość alkoholu. Badał je bardzo skomplikowaną metodą podpalając kieliszek oceniał stężenie alkoholu mierząc kolor i wielkość płomienia. Wyniki podawał z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku, czyli dokładnie. W miarę upływu czasu dojeżdżali kolejni uczestnicy spotkania. Późnym wieczorem Miki zagonił wszystkich do saloniku przed spory telewizor i nakazał w skupieniu oglądać film w wyprawy do USA. Każdą chwilę nieuwagi dowolnego widza karał puszczając film od początku i to dla wszystkich. Początek filmu poznaliśmy więc bardzo dokładnie. Jak już towarzystwo z zapartym tchem śledziło poczynania głównych bohaterów i jak już myśleliśmy, że sie uda dotrwać do końca, przyjechał Wrocek. I tu mamy dwa problemy: po pierwsze Wrocek przyjechał za wcześnie, bo do północy brakowało jeszcze parę minut, a drugi, że film, już z Wrockiem musieliśmy oglądać od początku. Teraz mogę to powiedzieć: Andrzej momentami drzemał w czasie oglądania, na szczęście Miki tego nie zauważył, bo znowu puściłby wszystko od początku. Po filmie do późnych godzin nocnych siedzieliśmy w pokoju, albo na dworze i gadali, gadali, gadali. Sobotni poranek nastał pochmurny, deszczowy. Podało przelotnie, ale za to konkretnie. W grupę wkradł się marazm i zamiast ochoczo i rączo rwać na śniadanie, stała na dworze, lub pod dachem i gadała. Na jej korzyść przemawia fakt, że śniadanie było o ósmej, knajpa była zamknięta i żadne szturmowanie drzwi by tego nie zmieniło. O ósmej wpadliśmy na salę i rzuciliśmy się na półmiski. Panie kelnerki zrobiły żywą sztafetę i masowo rzucały na stół coraz to nowe warzywa, sery, wędliny i parówki. Po śniadaniu humory zdecydowanie się poprawiły, na pogodę spojrzeliśmy radośniej, dostrzegliśmy przerwy w deszczu, a nie deszcz z przerwami i zaczęliśmy się ubierać. Z Sywora pojechaliśmy do Zakopca uzupełnić niedobory paliwowe i dalej drogą Oswalda Balcera na Łysą Polanę. Podjazd na Żdiar i mokra, chłodna aura zmieniła się w prawie słoneczną i zdecydowanie gorącą, by nie rzec nawet za gorącą. Pierwszym naszym celem był zamek w Kieżmarku. Nieco kręcąc się po mieście z powodu jednokierunkowych uliczek stanęliśmy w pięknym szyku pod jego murami. Nieopodal przechodziła spora wycieczka żywo nami zainteresowana, składająca się głównie osobników płci pięknej, więc panowie przy swych motorach dumnie prężyli i eksponowali swe wdzięki, głownie kaski i kurtki, czyli to, co mamy najatrakcyjnieszego. Przeszliśmy na dziedziniec zamku, zobaczyliśmy muzeum pełne powozów (był jeden), samochodów (13) i motocykli (8). Syci wrażeń i głodni ciałem przenieśliśmy się na rynek Kieżmarku, gdzie zwiedziliśmy późnogotycką bazylikę mniejszą św. Krzyża z ładnym, gotyckim ołtarzem i renesansową, wolnostojącą dzwonnicą. Bardzo wygłodniali i spragnieni znaleźliśmy kawiarenkę serwująca kawę i lody. To nam pomogło i z nowymi siłami ruszyliśmy motorami na południowy zachód, przez pasma Koziego Żebra i Niskich Tatr do Doliny Hronu. Droga na ogół dobra, choć były duże odcinki nowego asfaltu posypanego kamyczkami. Pędziliśmy przed siebie radośnie się rozglądając po malowniczej okolicy, co zakończyło sie pożałowania godnym incydentem konfrontacji VL-1500 z Renault Scenic. I tu trzeba przyznać, że wizualnie Suzuki wyglądało zdecydowanie korzystniej, czego nie można powiedzieć o kierowcach obu pojazdów. Jednocześnie należy wspomnieć o fakcie, że w scenicu nie było nikogo, więc takie porównanie być może krzywdzące. W momencie tej konfrontacji grupa była bardzo rozciągnięta, przód nic nie wiedział i muszę w tym miejscu złożyć Żonkilowi i Dżaworowi słowa szczerego uznania - Żonkil szybko i sprawnie zabezpieczył teren, a Dżawor pojechał hamować rozpędzony przód grupy. Jak podjechaliśmy Tomek siedział na jezdni grubo obłożony chusteczkami higienicznymi, dzielnie dzierżąc w dłoni zdobyczną butelkę wody mineralnej, motor stał jakby nigdy nic na środku. Dzięki Chłopaki. Nasi klubowi ortopedzi, z bananem od ucha do ucha, że wreszcie mogą coś poskładać i poszyć, wzięli się za oględziny poszkodowanego. Podjechała policja, pogotowie i strażacy. Mięliśmy pełne ręce roboty. Policjantom opowiedzieć, że to nie my, to tak samo wyszło i żeby jeszcze w to jakoś uwierzyli, strażakom w zasadzie nie trzeba dużo mówić, posprzątali, pozamiatali, z żalem ogromnym popatrzyli, że nic sie nie pali i smutni odjechali. Najgorzej było z pogotowiem. Pani doktor, całkiem fajna pani, z głębokim dekoltem, kazała Tomkowi patrzeć prosto w oczy. A Tomkowi wzrok stale uciekał, głównie w dół. Ja go dobrze rozumiem, bo jak z panią rozmawiałem, też patrzenie jej w oczy zupełnie nie wchodziło w rachubę. Na szczęście w moim przypadku pani to chyba uznała za fizjologię, z czym zresztą się w pełni z panią zgadzam, ale z Tomkiem już tak łatwo nie było. Uparła się wieźć go na koniec świata na sesję fotograficzną. Cośmy się jej natłumaczyli, że wożenie go w tym stanie fizjonomii na zdjęcia jest pozbawione sensu, bo wygląda zdecydowanie niekorzystnie, ale pani była uparta. W końcu musieliśmy jej to napisać na kartce. W końcu udało nam się spławić wszystkie służby i wreszcie zostaliśmy sami. Zadzwoniliśmy do Ziutka, żeby załatwił lawetę do transportu najbardziej bojowego z bojowych motocykli. Większą część grupy wysłaliśmy do Sywora i w małej grupce czekaliśmy na transport. Zostałem ja w celu nawiązywania logicznego kontaktu werbalnego z miejscową ludnością, dwóch ortopedów w celu zapewnienia fachowej opieki oraz Dżawor w celu wniesienia motoru na lawetę, najlepiej samodzielnie. Po chwili z okolicznych domostw zaczęły napływać małe i ciemne ludki - miejscowi Romowie w wieku od 1 do 12 lat. Dzieciaki były grzeczne i zwracały się do nas z należnym szacunkiem per "Ujo". Chcieli zobaczyć jak działają motory, trochę na nich posiedzieć. Na początku byli tak bladzi ze strachu, że aż biali. Wielokrotnie pytali się, czy ich nie ukradniemy. Dziwne, ale nam uwierzyli, że nie. A przecież wystarczy nam się trochę przyjrzeć, żeby w nic nie uwierzyć. Na koniec, widząc nasze smutne miny postanowili sprezentować nam najmłodszego cyganka. Im i tak się do niczego nie przyda bo trzeba go nosić, jest głupi i nie ma z niego żadnego pożytku. Nie ukradliśmy go, czym chyba ich dokumentnie rozczarowaliśmy. W końcu podjechała laweta, wrzuciliśmy motor na górę, przytroczyliśmy pasami, Tomka do środka i pognaliśmy do Zakopca. Tam motor do garażu, a my na motorach pojechaliśmy do szpitala. Andrzej pani na SOR-ze wyrecytował szybko z pamięci listę wszystkich swoich znajomych i po chwili opanowaliśmy salkę zabiegową, rentgen i nawet poczekalnię. Andrzej cerował Tomka, a my z Jackiem oraz z wcale licznym tłumkiem w poczekalni emocjonowaliśmy się przeżytymi przygodami. Po chwili wpadła Iza z Mikim i odetchnęła z ulgą widząc, że mój skąd inąd precyzyjny opis stanu poszkodowanego był rzetelny i nie pomyliłem się w nim ani o jeden plasterek. Na koniec żegnani hucznie przez innych pacjentów w poczekalni, panią przy biurku, wróciliśmy do Sywora. A tu tradycyjnie, jedzonko, picie i powoli emocje opadały. Tego wieczoru naszą karczmę musieliśmy dzielić z konkurencyjną imprezą, czyli weselem. Coś mamy szczęście do wesel tego roku. Późną nocą polegliśmy. W niedzielny poranek atmosfera schyłkowości, rozmowy, śniadanie, serdeczne pożegnania i powoli rozjeżdżaliśmy się w swoich kierunkach. My całkiem sporą grupką przez Dzianisz, Jabłonkę, Krowiarki pojechaliśmy do Zawoi. Tu skręciliśmy na przełęcz Przysłop i na chwilę podjechaliśmy do klasztoru karmelitów bosych. Akurat trafiliśmy na dożynki, były więc fotki z góralami, powożenie traktorami i ogólna radość. Ponieważ nasza dalsza trasa prowadziła w pobliżu Pisarzowic, zakomunikowaliśmy Janulosowi, co zjedlibyśmy na obiad. A każdy zjadłby coś innego. I Janulos załatwił nam pyszne prażonki, wspaniałe ciasta i kawę. Dzięki Kasiu. Wylizani po twarzy przez przezabawnego psiaka ruszyliśmy w dalszą trasę. Trasa ta może nie była najkrótsza, a nawet zostałem posądzony o chęć nieuzasadnionego nadłożenia kolejnych setek kilometrów, co oczywiście nie było prawdą. W końcu stanęliśmy na parkingu pod Woszczycami, gdzie ostatecznie się wyściskaliśmy, pożegnaliśmy i umówiliśmy na jak najszybsze kolejne spotkanie.


Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V