Dzień trzeci

Zbudziliśmy się wyspani i zadowoleni. Pokój miły, motory stają, gdzie stały. Zjedliśmy śniadanko i w drogę. Po krótkiej jeździe wjechaliśmy w skalną szczelinę zwaną Przełomem Zweczajskim. Po obu stronach drogi pionowe skalne ściany, a dnem płynął szmaragdowy Vrbas. Stanęliśmy na chwilę przy odcinku z bramkami dla kajakarzy górskich. Kolejnych kilkadziesiąt kilometrów to ciąg zakrętów w głęboko wciętej, skalnej dolinie, przełomy, kilka tuneli - śliczny odcinek. Po około 70 km skończyła się skalna dolina i wyjechaliśmy na zbocze góry. Po prawej ręce widzimy jajowatą górę, na której rozłożyło się zabytkowe miasto - Jajce. Na szczycie twierdza, poniżej oryginalna zabudowa, meczety. U podnóża góry płynie szmaragdowy Vrbas, a po lewej z hukiem spada 30 metrowym wodospadem rzeka Pliva. Bajka. Zdjęcia i jedziemy do miasta. Parkowanie motorów stanowiło drobny problem, nie chcę myśleć, co robią tam katamaraniarze. Pochodziliśmy uliczkami, wyciągnęliśmy ze ściany nieco lokalnej waluty, weszliśmy do twierdzy. Meczet niestety zamknięty. Znaleźliśmy stare katakumby, gdzie był kościół, a w czasie II wojny światowej ukrywał się sztab jugosłowiańskiej armii. W końcu Jajce nam się znudziły i pojechaliśmy wzdłuż rzeki Pliwa szukać tureckich, zabytkowych młynów wodnych. Dzięki pomocy lokalnej ludności znaleźliśmy kupę małych domków rozrzuconych pośród bystrych potoków płynących bez ładu i składu po łące. Bardzo fajna rzecz. Poskakaliśmy przez potoki, pooglądaliśmy kręcącego się na rożnie barana, polaliśmy się krystaliczną wodą, co było praktyczne w okresie wielkiej spiekoty. Południe minęło, czas więc posiedzieć gdzieś chwilę żeby się napić i przeczekać najgorszy upał. Posiedzieliśmy więc nad wodą w miłej knajpce, wrzuciliśmy po czewapie. Kolejny etap podróży do Jabłenica - tam na mapie był kemping. Droga do tego miasta raczej nijaka, nie licząc malowniczego zjazdu z gór w doliny. Miasto też było nijakie, więc nawet nie zdziwiliśmy się zbytnio, że i tu nikt o kempingu nie słyszał. Nie ma rady, 50 km dalej jest Mostar - tam na pewno można gdzieś spać. Dalsza trasa doliną Neretwy była znowu piękna. Niezapomniany był kolor wody tej rzeki. Na początku Mostaru na stacji benzynowej jakiś rozsądnie wyglądający pan powiedział, że w pobliskiej wiosce Blagaj jest kemping o wdzięcznej nawie Wimbledon. Kemping okazał się pusty, pan miły, piwo zimne, a klopiki czyste. Podejrzewam, że nazwa pochodziła od kortu tenisowego będącego integralną częścią kempingu. No raj. Rozbiliśmy namioty i polecieliśmy do wsi pooglądać wywierzyska rzeki Buna. Po drodze widzieliśmy zrujnowaną cerkwię, meczet, ogromny cmentarz muzułmański i w końcu dotarliśmy do pionowej skalnej ściany, z której wypływa spora rzeka. Niestety, było już prawie ciemno, a samo wywierzysko jest tak szczelnie obudowane knajpami, że nie widzieliśmy wszystkiego. W dzień pływa się tam łodziami, ale o tej porze niestety już spały. Wobec tego poszliśmy do knajpki na zupę rybną i piwo. Piwo było OK, zupa już niekoniecznie. Jakiś rosołek z lekka zalatujący szlamem. Zjedliśmy, wypili i wróciliśmy do kempingu. Po kubeczku łyskacza i spać.


Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V