Dzień pierwszy i drugi

 

Prognozy na piątek były optymistyczne - do południa jeszcze trochę deszczu, a potem to już tylko słońce. Niestety, kiedy wróciłem z pracy i dopakowałem resztę rzeczy ciągle lało. Ubrałem się więc w garażu w kondomiki. Tu muszę wspomnieć, że mój GPS nie dawał znaku życia, ale postanowiłem go sprawdzić już w trasie. W końcu do Mikulova jakoś trafię. Ruszyłem A1 na południe. Po kilkunastu kilometrach skończyła się autostrada i do Wodzisławia jechałem w narastającym ruchu, ale i malejącym deszczu. W mieście przestało padać. Do Chałupek jechało się coraz lepiej i na granicy przeciwdeszczówki wylądowały w sakwie. Benzyna i znowu na autostradę. Kilometry szybko leciały, więc ani się obejrzałem, jak na horyzoncie pojawiły się wzgórza Palawy. A że ładnie były oświetlone i leciał nad nimi balon, stanąłem na parę fotek. Do Mikulova rzeczywiście dotarłem bez problemu, lekko zdziwiony, że bez GPS jednak można wyjechać z domu. Byle nie za daleko. Ponieważ nie było szans na szybkie dotarcie Rychów, poszedłem do Urbana na małe co nieco i dwa kufle tym razem niemałego już co nieco. Wróciłem do Euro i ciemną nocą dotarł Rycho. Tradycyjnie buzi-buzi, piwo-piwo i idziemy spać. Słoneczny poranek, pakowanie, punktualnie o 7:00 śniadanie, benzyna i w drogę. Szybką trasą S1 do Wiednia, skok przez miasto i tradycyjnie kawa w podwiedeńskim Oldtimerze. Szybki przelot autostradą do Ilz i zaczyna się Wielka Przygoda. W celu poprawy naszego komfortu psychicznego nastawiany rysiowy GPS na Słowenię i ruszamy przed siebie piękną, wijącą się wśród wzgórz drogą na południe. Tu ładna wioska, tak ładny zamek na szczycie i tak sobie miło jedziemy. Czasem jakieś zawahanie GPS pozwala na dokładniejsze poznanie miasta dzięki kilkukrotnemu jego okrążeniu, ale w końcu docieramy do granicznego Ratkersbergu. Jak zwykle niezauważenie przekraczamy granicę, tylko termometr podskoczył do 40 stopni, co wyraźnie świadczy o wjechaniu do ciepłego kraju. Wrzucamy więc na szybko po lodzie i jedziemy zobaczyć Jeruzalem, cokolwiek by to było. Wąskimi, krętymi dróżkami pniemy się na wzgórza, na których rozpościerają się całkiem ładne winnice. Trzeba przyznać, że jedne z ładniejszych jakie widziałem. Znów parę fotek i jazda dalej do Chorwacji. Wyrobów tych winnic nie było nam dane spróbować, ze względów oczywistych. Do granicy dotarliśmy bez problemów, kontrola dokumentów bardzo pobieżna i jedziemy do Varażdina. W planie mamy rzut oka na zamek, spacerek po barokowej starówce oraz odwiedziny pod ścianą płaczu w celu uzyskania lokalnych środków płatniczych. Do miasta wjechaliśmy przykładnie, zaparkowaliśmy w pobliżu zamku, może nie za bardzo przykładnie, bo na chodniku, do tego kawał za zakazem wjazdu, by nie rzec ruchu w ogóle, ale z uwagi na panujący powszechnie upał jesteśmy w pełni usprawiedliwieni. Na pierwszy ogień poszedł zamek - bo blisko. Malownicza to budowla położona pośród trawiastych szańców porośniętych kwieciem różnorakim. Na placyku przed zamkiem snuła się grupka młodzieńców i panienek ubranych zupełnie jak kibole na mecz, powiewających flagą chorwacką. I do dziś nie wiedzielibyśmy co to za grupa, gdyby z krzaków nie wyszła panna młoda. Pana młodego nie wypatrzyliśmy, więc pewnie nadal siedział w tych krzakach. Po dokładnym oglądnięciu panny młodej nawet mu się zbytnio nie dziwię. Dla zasady zrobiliśmy jeszcze sobie zdjęcie na tle konduktu weselnego i poszliśmy do miasta. Miasto było bardzo ładne, ale jakieś wymarłe. Posnuliśmy się uliczkami, pooglądaliśmy naprawdę ładne domki i wróciliśmy do motorów. W Warażdinie jest jeszcze jakiś atrakcyjny cmentarz, ale żaden z nielicznych mieszkańców tego miasta nic nam nie umiał powiedzieć o jego lokalizacji. To znaczy każdy mówił, ale ich wypowiedzi były niespójne i dotyczyły całkiem różnych kierunków. Cmentarz więc odpuszczamy i myślimy nad noclegiem. Na mapie jest kilka kilometrów za miastem kemping, w przewodniku opisują hotel z placykiem pod namioty - więc może tam? Napotykamy informację turystyczną, gdzie miły pan przysięga na wszystkie świętości, że najbliższy kemping jest w Zagrzebiu - tylko 80 km, i to w nie naszą stronę. No dzięki. Nagle natchnęło go oświecenie wielkie i wymyślił, że pod Warażdinem jest przecież Aqua City - wspaniały kompleks rekreacyjny, gdzie można spędzić jedną, tu trzy razy powtórzył, że tylko jedną noc pod namiotem. Nastawiamy więc rysiowego GPS na domniemane miejsce tego ekskluzywnego przybytku i ruszamy. QPS wodził nas po drogach i bezdrożach, krzakach i łąkach. W końcu kierując się znaki drogowe zachęcające do odwiedzenia restauracji Aqua City docieramy na miejsce. Cały ten ośrodek składał się z jednokierunkowej, wąskiej drogi dojazdowej, dużego parkingu, jeziorka miernej wielkości, knajpy plażowej serwującej drinki oraz nieco lepszej knajpy serwującej też inne rzeczy. Zagadnąłem całkiem przyjemną dla oka panienkę o możliwość spędzenia nocy - najpierw była niezbyt chętna, ale w końcu poprosiła o 15 minut, bo musi się skontaktować z bossem. Żeby nie tracić 15 minut niepotrzebnie, spożyliśmy w owej knajpie skromną kolację suto zakrapianą coca colą. Okazało się, że boss wyraził zgodę na nasz pobyt i przydzielił nam trawniczek położony obok małego klopika z prysznicem. Dostaliśmy nawet klucz do owego klopika. Rozbiliśmy namioty, nanieśliśmy całkiem dobrego piwa i po odpowiednim nawodnieniu udaliśmy się do jeziorka popływać. Pływanie było miłe, potem więc do zmroku sączyliśmy piwo pod namiotem i snuliśmy plany na przyszłość. A z pobliskiego parkingu powoli znikały kolejne auta. W końcu udaliśmy się na spoczynek, do którego przygrywała nam głośna i niekoniecznie chorwacka muzyka z pobliskiej restauracji. Zasypialiśmy z nadzieją na ciszę po godzinie 2:00, kiedy to knajpa owa miała być zamknięta.

 



Wyprawy

<< Grudzień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V