Dzień naprawdę drugi

Obudziliśmy się o świcie, oczywiście tylko ci, którzy zasnęli tej nocy, czyli ja. Rysio i Gosia mieli nocne koszmary. Najpierw obok ich namiotu rozbiła się trójka Francuzów, to znaczy, jak podejrzewam, rozbiła się panienka, a dwóch chłopaków weszło do jej namiotu. Potem na już w znacznej mierze opuszczonym parkingu odbył się pokaz ?, wyścig ? czy tylko przegazówka podrasowanych golfów. Podrasowanie golfów polegało na wymianie tłumików na wzmacniacze, co bardzo skutecznie przeszkadzało Rysiom w spaniu. A liczni ludzie opuszczający knajpę w godzinach wczesnoporannych z pieśnią rewolucyjną na ustach maszerowało pod naszymi namiotami. Podejrzewam też że ten marsz miał miejsce po zapętlonej trasie, bo szli bardzo, ale to bardzo długo. W każdym razie nastał w końcu dzień i okolica się wyciszyła. Ciekawe, że okolica głośna jest tylko po zmroku. Umyliśmy się w naszym klopiku, zrobiliśmy śniadanie i z uwagą obserwowaliśmy kulturotwórczą cywilizację francuską. Teraz już wiemy, że kulturalni mężczyźni stoją spokojnie z rękoma w kieszeniach, gdy w tym czasie wątła panienka robi jedzenie, zwija materace, śpiwory i namiot. W zasadzie czynności te wykonuje jednocześnie, co świadczy o wysokim poziomie jej kultury. Z powodu przyswojenia sobie dużej porcji nowej wiedzy oraz stale i szybko rosnącej temperatury poszliśmy się przed jazdą jeszcze pokąpać. Z Warażdina pojechaliśmy na Novi Marof - GPS Rysia prowadził bezbłędnie więc mogłem oddać się swobodnej kontemplacji otoczenia. Trasa wiodła remontowaną drogą pośród lesistych wzgórz i było ładnie. Problem zaczął się w Novi Marof, gdzie w planie była jazda na Kriżevnicę, ale niestety droga była dokumentnie zamknięta - każdy zjazd. Na mapie żadnej innej drogi w tym kierunku. Podszedłem więc na wjeździe na autostradę do panienki, która spokojnie zapewniła, że wie o zamknięciu drogi, ale my przejedziemy. Fajnie, może auto nie poradzi, a motor i owszem ? No dobra jedziemy. Mijamy jeden zakaz, potem, drugi, potem trzeci. Nasz praworządny charakter dał o sobie znać i jakoś nie bardzo nam się chciało dalej jechać. Podjeżdżam znowu do dwóch tubylców i negocjuję możliwości objechania trasy, ale ci zgodnie stwierdzili, żeby się zakazami nie martwić, tylko jechać. No więc pojechaliśmy. Śliczna trasa o dobrej nawierzchni, kręta, pośród wzgórz, widokowa i prawie zupełnie pusta. Super. I tak dojechaliśmy do Kriżovnicy. Jeszcze kawałek winkielków i jesteśmy w Bjelovar. Chwila zastanowienia nad rozbieżnością GPS i drogowskazów, rzut oka na zabytkową i niestety remontowaną cerkiewkę i już jedziemy na Daruvar. Znowu ładna trasa przez wzgórza, tym razem raczej łyse. Do miasta dojechaliśmy w środku dnia, było więc zupełnie wymarłe. Parę chwil pochodziliśmy po centrum i poszliśmy do knajpki coś zjeść. Mieli tam czewapy - od tej chwili moje ulubione bałkańskie danie. Po obiedzie polaliśmy się wodą z fontanny i pojechaliśmy w kierunku Gradiszki. Po drodze mały postój w Lipiku, gdzie po raz pierwszy spotkaliśmy się z tak widocznymi śladami wojny na ścianach domów. Do Gradiszki dotarliśmy bez problemów i utknęliśmy na granicy. Początkowo wydawało nam się, że nie jest źle, ale to byli Chorwaci. Potem wjechaliśmy na most na Sawie i stanęliśmy w okrutnym korku. Wąsko, straszno, a termometr Rysia wyzionął ducha. A termometr ten zamiera dopiero powyżej 50 stopni. W końcu wolno, małymi skokami dojeżdżamy do okienka i zaczyna się kontrola paszportów, zielonych kart, dowodów rejestracyjnych. Dobrze, że rewizji nie było. W końcu nas puścili, więc myśleliśmy, że rura, ale nie. Za granicą jest wąska droga pomiędzy domami. Pas prowadzący w kierunku Chorwacji zajęły tiry i stoją czekając na lepsze czasy, pewnie na moment wejścia do Unii Chorwacji i Bośni jednocześnie. Naszym pasem, czyli prowadzącym od przejścia w głąb kraju pchają się pod prąd auta osobowe w stronę Chorwacji. Wobec tego pojazdom jadącym w kierunku Bośni pozostał wąski chodnik zajęty przez pieszych i rowerzystów. I wszystko jakoś by szło, ale przed nami w błyszczącym, dużym i czarnym SUV-ie jechała Szwajcarka. I w jej szwajcarskiej głowie nijak się to zjawisko drogowe nie chciało pomieścić. Stała więc trochę na drodze, trochę na chodniku blokując już na amen cały ruch. Ja stałem za nią, z góry słońce, dookoła owe 50 stopni, a między nogami trzęsie się całkiem ciepły piecyk. W końcu nerwy puściły i rozdarłem sie na cały głos "JEEEDŹŹŹŹ" - i pojechała. Widocznie Szwajcarka owa rozumiała po polsku. Byliśmy już zdrowo zmęczeni, ugotowani, więc jedziemy do pobliskiej miejscowości Laktaszi na kemping. Miasto niewielkie, przejeżdżamy je wzdłuż, nic, przejeżdżamy w poprzek - nic. Pan na stacji mówi, że 4 kilometry dalej, 4 kilometry dalej mówią, że nie ma itd. W końcu nie wytrzymuję i pytam mądrze wyglądającego pana policjanta. I pan ów mówi, żebym sobie wybił kemping z głowy, bo go nie ma, i raczej w ogólne nic do spania tu nie ma. No to jedziemy do Banja Luki - duże miasto, pewno coś będzie. No i jedziemy przez miasto to w lewo, to w prawo. Nic. Ani kempu, ani pensjonatu. Pustynia. Stajemy na stacji i pytamy młodzież miejscową o nocleg i trasę na Jajce. No i owa młodzież plecie te swoje banialuki, że trasa ta jest na Jajce, a niedaleko jest dużo Zimmer Frajów. Trochę mi nie grało to ze słońcem, a przecież słońce jest najlepszym drogowskazem. Pojawiła się autkiem dość młoda zakonnica - Gosia rzuciła się pytać jej o radę. I tu jej muszę oddać sprawiedliwość - nie plotła banialuk, tylko od razu powiedziała, że nie wie. Nie wierząc w tym mieście już nikomu wracamy do centrum. Parę fotek co ładniejszych obiektów i napatoczył nam się spocony pan biegający. I pan ten stwierdził, że jest kemp koło Canyon Camp. I nawet powiedział jak jechać. I pojechaliśmy. Trochę drogę popletliśmy, ale ostatecznie dojechaliśmy nad rzekę Vrbas, co było naszym celem. I jedziemy sobie, jedziemy i jest pensjonat Othodox. Stajemy, mają pokoje po 10 E od osoby, wypaśne, z klimatyzacją, indukcyjnym ogrzewaniem, prysznicem i knajpką z piwem. Stajemy, prysznic i na piwo. Siedzimy w cieniu, sącząc chłodne piwo, a po placu na ścigaczu kręciła się całkiem fajna Bośniaczka. Zjedliśmy jeszcze jakieś małe co nieco i udaliśmy się spać po dniu pełnym wrażeń.

 



Wyprawy

<< Grudzień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V