Dzień czwarty

Nastał słoneczny poranek. Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy się, polaliśmy się obficie wodą i ruszyliśmy do Mostaru. Bez problemu wjechaliśmy do centrum i po chwili jakiś miły pan zaciągnął nas na swój placyk, od tego momentu zwany parkingiem. Za postawienie i pilnowanie motorów zażyczył sobie sporą kasę - bo całe euro, ale w zamian zostawiliśmy w jego pokoju kurtki i kaski. Opłacało się. Po paru schodkach zeszliśmy do centrum i znaleźliśmy się w innym świecie. Mostar jest bardziej turecki od Stambułu, czy Ankary, niezwykle malowniczy i ładny. Z przyjemnością włóczyliśmy się wąskimi uliczkami zastawionymi straganami, barami, restauracjami. Poszliśmy na słynny most turecki - piękny, biały, kamienny łuk spina dwa brzegi szmaragdowej Neretwy - odjazd. Pochodziliśmy po całym centrum, kupiliśmy jakieś pamiątki i poszliśmy na tradycyjną bośniacką kawę. Była parzona w małych miedzianych czajniczkach, podawana z jakimś słodko - orzechowym łakociem. Bardzo nam smakowała. W końcu czas nas pogonił i wróciliśmy do maszyn. Odpaliliśmy i jakoś bez większego bólu, nie licząc jednego nawracania wyjechaliśmy z miasta na Miedżugorie. Ładną, górską i krętą drogą dotarliśmy do miasta. Samym miastem byłem zawiedziony. Dość duże, totalna komercja. Motory postawiliśmy może niekoniecznie zgodnie z przepisami, ale za to praktycznie, przed samym sanktuarium. Po chwili było ich już kilka - obstawili nas motocykliści z różnych krajów. Pooglądaliśmy kościół, okolicę i pojechaliśmy dalej. Zjechaliśmy pięknymi zakrętami do doliny Neretwy i po chwili byliśmy już w miejscowości Poczitiel. Stanęliśmy pod urokliwą knajpką, której taras pokrywały gęsto pnącza kiwi. Zobaczyliśmy stare miasto, śliczny meczet, medresę, jedliśmy doskonałe czewapcziczi i pojechaliśmy dalej. Kilkadziesiąt kilometrów dalej jest miejscowość Radimija - w niej oglądaliśmy kamienne nagrobki ? rzeźby ? Trudno to ocenić, były to spore kamienne bloki z krzyżami, jakimiś postaciami. Ogólnie tajemnicze. Oficjalnie jest to nekropolia. W czasie zwiedzania temperatura osiągnęła nieprzyzwoitą wysokość i zaczęły się drobne problemy z samopoczuciem. Pojechaliśmy więc dalej w stronę Chorwacji. Po drodze stanęliśmy w jakiejś pustej przydrożnej knajpce na picie i polewanie wodą. W końcu na przełęczy przekroczyliśmy granicę Chorwacji. Samo przejście, choć trochę sprawdzali dokumenty, minęło dość sprawnie. Zjechaliśmy nad morze i stanęliśmy na kempingu w Kupari. Mieli piwa Karlowacko w 1.5 litrowych flaszkach. To nas uratowało. Rozbiliśmy namioty i poszliśmy się kąpać. Morze miłe, pomoczyliśmy się sumiennie i zaczęliśmy oglądać liczne, postrzelane, rozwalone hotele. Część nowoczesnych, betonowych wyglądała jeszcze dość przyzwoicie, ale stary, od razu widać, że klimatyczny obiekt przedstawiał rozpaczliwy obraz. Podziurawione ściany, wybite okna, wysadzone wnętrza - makabra. A musiał to być ładny obiekt. Spotkaliśmy grupkę Polaków, pogadaliśmy sobie i wróciliśmy na kemping. Coś na ząb, coś do picia i spać.


Wyprawy

<< Grudzień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V