Wiedeń i Morawy dzień 4

Nastał pogodny poranek, ale w nastroje wkradł się element schyłkowości. To tego jeszcze prognozy na ten dzień były zdecydowanie niekorzystne - miało zdrowo lać. Zjedliśmy śniadanko, a tu nic się nie dzieje, więc w lepszych humorach pakujemy rzeczy do sakw. W celu odwrócenia złego uroku spożyliśmy z gwinta jakiś słodki i mocno alkoholowy napój o smaku naszych kukułek. Napój spotkał się z dużą aprobatą towarzystwa, wobec tego pierwszym naszym celem był sklep Tesco posiadający znaczne zapasy tego niezwykłego trunku. A przyznać trzeba, że siła jego ogromną była, bo pomimo złych prognoz cały dzień nie padało. No, może Miki trochę zmókł, ale on chyba nie spożywał tego panaceum na wszelkie nieszczęścia. Zmókł też Wrocek, ale pojechał kursem kolizyjnym ze straszną chmurą, to nie miał wyjścia. Po zapakowaniu wszystkich (mam taką nadzieję) rzeczy pożegnaliśmy się z gościnnym Jerzym, który muszę się przyznać uraczył mnie lokalnym winkiem. Zaliczyliśmy więc owe Tesco i brzęcząc nieprzyzwoicie szkłem ruszyliśmy tym razem na północ. Przed Brnem odbiliśmy w prawo i zajechaliśmy na parking pod Austerlitz. Być może 200 lat temu na tym parkingu stały konie polskich szwoleżerów ? Ciekawe, czy pani zbierała wtedy opłaty za postój konia ? A może Napoleon załatwił to jakąś opłatą zryczałtowaną, bo przecież oprócz koni były jeszcze działa, wozy taboru, a może i inne pojazdy ? I tu nasunęła mi jeszcze jedna wątpliwość - na tych wzgórzach stało w sumie 200.000 ludzi. Jak oni załatwiali swoje życiowe potrzeby? Najpewniej ustawili całe rzędy Toi-tojek, osobno Francuzi, osobno Austriacy, a osobno Rosjanie. Rzędy owe musiały stać w znacznym oddaleniu od siebie, żeby wrogie ugrupowania nie przeszkadzały sobie nawzajem, bo to nie sprzyja. A ponadto jakie owe urządzenia miały malowanie? Na pewno wojskowe, ale czy w barwach moro, czy na ówczesną modłę były na przykład amarantowe ? No dość tych dygresji, z parkingu poszliśmy do muzeum zobaczyć na własne oczy jak to było. Najpierw pokazali nam trzecią koalicję, potem ruchy wszystkich armii w całej Europie, a na koniec sam przebieg bitwy. A wszystko opatrzone licznymi materiałami audio - wideo, co znakomicie podnosiło atrakcyjność takiej prezentacji. Na koniec pokazali podpisanie traktatu i co Francja na tym zyskała. A zyskała sporo, zawiadowała większą częścią ówczesnej Europy. Na koniec ze smutkiem doszliśmy do wniosku, że w tej bitwie walczyli głównie Polacy, w każdej ze ścierających się tu armii. W celu podniesienia nastroju udaliśmy się do Sławkowa, z dawna zwanego Austerlitz na kawę. Była kawa, była maliny z lodami. Zobaczyliśmy sobie zamek w Sławkowie z zewnątrz z uwagi na porę niemłodą. Przy wejściu uwagę naszą przykuła postać, niewykluczone, że kobieca, o kształtach artystycznie zniekształconych, ubrana w różowy strój niezbyt dopasowany do figury. Sam zamek jest bardzo ładny, pomimo tego, że jeszcze trwają prace remontowe. Niedługo warto będzie się tu wybrać. Na koniec zdecydowaliśmy się zrobić coś dobrego dla naszych ciał, czyli spożyć obiad. W tym celu siedliśmy na nasze maszyny i pojechaliśmy do niezbyt odległego Morawskiego Krasu, gdzie znaliśmy jedną knajpkę serwującą świetne żeberka. Droga do knajpki, choć niedługa, obfitowała w zakręty i malownicze wzgórza. Po przybyciu spotkały nas same nieszczęścia - najpierw było trudno o miejsce, potem okazało sie, że nie ma żeberek, a inne podane dania zdecydowanie różniły się jakością od zapamiętanych z poprzednich pobytów. To nasunęło nam podejrzenie, że w knajpie jest nowy i to zdecydowanie gorszy kucharz. Czarę nieszczęść przelała sytuacja Wrocka, który usiadł przy stole nr 13 i najpewniej, gdyby nie interwencja, obiad dostałby dnia następnego i to zimny i nieświeży. Co prawda obiad w końcu dostali, ale połowa naszej grupy zdążyła w tym czasie zasnąć na dobre i musieliśmy ich siłą wyrywać z objęć Morfeusza. W końcu pojechaliśmy dalej, początkowo ślicznymi, krętymi drogami, a potem to już niestety autostradą. Za nami stale sunęła ciemna chmura, ale na szczęście nie dogoniła. Trochę gorzej miał Wrocek, którego ogarnęła stosunkowo wcześnie. Ale w końcu prysznic po podróży jest jak najbardziej wskazany więc, nie ma tego złego. Również Miki, który odłączył się od nas na autostradzie dostał się w obszar działania owej chmury. Biorąc pod uwagę stan jego opony, należy założyć, że destrukcyjna siła działania tego deszczu była ogromna, bo zupełnie mu rozpuściło oponę i zostały same druty. A w szkole mnie uczono, że mało co rozpuszcza gumę. Poza tymi drobnymi incydentami do domów dojechaliśmy susi jak same Gutki i mogliśmy tradycyjnie zasiąść w fotelu z naczyniem pełnym piwa lub wina.


Wyprawy

<< Grudzień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V