Wiedeń i Morawy dzień 3

Nastał piękny, słoneczny, niedzielny poranek. Szybko pochłonęliśmy pyszne śniadanko i po wrzuceniu do sakw najpotrzebniejszych rzeczy ruszyliśmy na południe. Tradycyjnie najpierw tankowanie, potem zaraz za granicą postój na zakup winietek i nastąpiło uroczyste oklejanie motocykli. W końcu wszystkie zostały należycie udekorowane i ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejny postój nastąpił tuż przed Wiedniem, gdzie zgraliśmy GPS-y na wypadek rozerwania grupy w centrum sporego bądź co bądź miasta. Na szczęście nic takiego się nie stało, a parę świateł pokonanych na czerwonym przecież nikomu nie zaszkodziło. Zajechaliśmy tuż pod budynek opery wiedeńskiej, czyli do ścisłego centrum, gdzie udało nam się porzucić motory na stosunkowo niewielkiej przestrzeni i zwartą grupą ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Najpierw parę zdjęć na tle budynku opery, potem poszliśmy głównym a ładnym deptakiem w stronę placu Stefana. Po drodze zajrzeliśmy do kościoła Krzyża Maltańskiego, głownie z powodu urody samego krzyża. W końcu doszliśmy do placu i naszym oczom ukazała się wspaniała katedra, konie, dorożki, panie i panowie dorożkarze. Katedra jest gotycka, pokryta kolorowym dachem, z dwoma austriackimi orłami, o bardzo ciekawym i bogatym, oczywiście jak na gotyk, wnętrzu. Konie przy dorożkach mają na głowach kolorowe czapeczki z pokrowcami na uszy, może od słońca, a może, żeby za dużo nie słuchały. Panowie dorożkarze byli w porządku, ale paniom brakowało wąsów. A przecież wiatr musi podkręcać wąsy dorożkarzom. Po gruntownym zapoznaniu się z urokami placu Stefana ruszyliśmy na kawę do Greckiego Bajzlu. Zacna to i wielce historyczna knajpa, w której bywali wszyscy wielcy tego świata, w tym i my. Po drodze zostaliśmy jeszcze dodatkowo skierowani do zobaczenia ciekawego, ruchomego i grającego zegara. W końcu dotarliśmy do naszej wymarzonej knajpki, pooglądaliśmy ciekawe wnętrza, obrazy Wesołego Augustyna (tego od piosenki o Augustynie), zdjęcia wszystkich wielkich i ich podpisy na suficie. Trochę się zaniepokoiliśmy, że nie ma naszych zdjęć i naszych podpisów, ale pewnie wieszają je dopiero po zakończeniu pobytu w lokalu. Może też tak być, że wieszają je dopiero pośmiertnie, gdyż chyba wszystkie fotki dotyczyły nieżyjących już osób. W każdym razie rozsiedliśmy się na tarasie i zamówiliśmy kawę po wiedeńsku i tort Sachera. Obsługiwało nas dwóch kelnerów - starszy, który wyglądał że ma gruźlicę płuc, albo raka krtani, albo jedno i drugie oraz drugi, zdecydowanie nieletni, ale że był z lekka czarniawy, uznaliśmy, że jest to całkowicie dopuszczalne. O kawie możemy powiedzieć tylko tyle, że była. Była mała, nijaka, niezachwycająca. Następnym razem pójdziemy do knajpy słynącej z podawania kawy już od czasów oblężenia Wiednia przez Turków. Tort był jeszcze bardziej nijaki, jego największym atutem był fakt, że podano go w Wiedniu. Zgodnie stwierdziliśmy, że nijak mu do ciast Marysi. Wniosek ten powinien zobligować Marysię do sporządzenia porządnego tortu Sachera, w celu umożliwienia porównania obu wyrobów. Obok knajpki był ładny kościół grekokatolicki, więc zobaczyliśmy go również. Kolejnym naszym celem były pałace i ogrody cesarskie, czyli Hofburg. Kierując się niezawodną metodą na słońce dotarliśmy do kompleksu pałacowego. I tu w grupie nastąpił podział - część zapragnęła koniecznie zobaczyć muzeum Sisi, a druga część powłóczyć się po ogrodach. Żeby wszyscy byli szczęśliwi, umówiliśmy się przy motorach. Część muzealna posnuła się po wnętrzach oglądając ciekawe przedmioty i same pomieszczenia, a druga część posnuła się wśród drzew, krzewów i trawników oglądając przy okazji ratusz i parlament. Z uwagi na wysoką temperaturę, spożyliśmy jeszcze różne napoje chłodzące, głównie piwo gejowskie. W końcu nastała pora spotkania i wróciliśmy do sprzętów. Nastąpiła zmiana garderoby, co wzbudziło niemałą sensację na spokojnych uliczkach sędziwego miasta. Gołych facetów nie widzieli, czy co ? Zwartą grupą przemknęliśmy pod pałac Schönbrunn. Pomysł parkowania przed pałacem szybko wybili nam z głowy panowie policjanci ładując dźwigiem na przyczepę auto jakiegoś biednego Rumuna. Ale się chłopina naszuka. Wobec tego podjechaliśmy pod tylne wejście, gdzie już bez problemów zaparkowaliśmy pojazdy. Tu również umówiliśmy się na konkretną godzinę i każdy oglądał, co mu się najbardziej podobało. Na miejsce zbiórki nie dotarła Beti z Szymonem, którzy zapędzili się do pałacowego ZOO, ale uzgodniliśmy, że Miki z Marcinem na nich poczekają, a my pojedziemy jeszcze na wzgórze Kahlenberg w celu ogarnięcia wzrokiem miasta z góry. Wąskimi ale fajnymi uliczkami zajechaliśmy na spory parking i poszliśmy oglądać miasto. Po drodze zobaczyliśmy kościół, gdzie król Jaś III Sobieski uczestniczył przed bitwą we mszy i skąd dowodził bitwą. Biorąc pod uwagę wynik walk, miejsce jest świetnym punktem widokowym na miasto. Pooglądaliśmy co było widać, staraliśmy się zlokalizować w dole znane nam już obiekty, a że słoneczko układało się do snu ruszyliśmy do domu. Drogę powrotną zleciłem zaprojektować GPS-owi. Po chwili na ekranie ukazała się trasa - szybka i bardzo logiczna. Ruszyliśmy więc w dół, parę zakrętów na kostce i już jesteśmy w jakiś naddunajskich osiedlach mieszkaniowych. Droga robi się coraz węższa, domów jest coraz mniej i nagle droga skręca pod kątem prostym w prawo i ginie w odmętach Dunaju. Trochę nas to zaniepokoiło, ale po chwili z drugiego brzegu przypłynął sympatyczny prom dowodzony przez niekoniecznie trzeźwego pana kapitana. Po uiszczeniu należnych opłat ruszyliśmy przez wodę. Podróż minęła bezpiecznie i w blasku zachodzącego słońca zjechaliśmy na ląd stały, zwany z żeglarska Terra Firma. Parę kilometrów wąskich dróżek i nieoczekiwanie wypadamy na autostradę, która po chwili zniknęła w długaśnych tunelach. Po ponownym wyjechaniu na powierzchnię, okazało się, że jesteśmy już na naszej trasie do Mikulowa. W samym Mikulowie mały postój przy drukarence (pokończyły nam się lokalne środki płatnicze). Na parkingu mignął nam Miki, który też akurat wracał z Wiednia. Szybki przejazd do Jerzego i biegiem do Urbana w celu przywrócenia nadwątlonych przez cały dzień sił. Tradycyjnie powrót w środku nocy, ale tym razem ścieżka była dość prosta. Dzień zakończyliśmy lampką wina znanej na całym świecie marki Lelo.


Wyprawy

<< Sierpień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V