Wiedeń i Morawy dzien 2

Obudziliśmy się o dziwo łatwo i o czasie. Przed śniadankiem wyszliśmy na plac pogadać z trójką sympatycznych lubliniaków, którzy jechali na Gross Glocknera. Zjedliśmy śniadanko i powoli zbieraliśmy się do wyjazdu. Pogoda była taka sobie, zdarzało się nawet, że z nieba spadła o zgrozo jakaś kropla. Po porannym tankowaniu pojechaliśmy do Valtic zobaczyć pałac słynnej rodziny Lichtensteinów. Motory postawiliśmy na parkingu i poszliśmy na dziedziniec. Tam czekała na nas mała niespodzianka – wystawa pojazdów jednośladowych marki Jawa. Było co oglądać, począwszy od starych, socjalistycznych maszyn, po nowe, o szerokiej gamie silników – od 50 po 650 ccm silnik rotaxa. Pojazdy zachwalał jakiś miły tubylec, zdecydowanie przedsiębiorczy (chciał z nami tworzyć w Polsce sieć dealerów) choć może niekoniecznie trzeźwy. Po spotkaniu z wytworami nieco może zapomnianej firmy ruszyliśmy na pokoje pałacowe. Zakupiliśmy bilety, przyodzialiśmy stosowne bamboszki, wysłuchaliśmy uwag o chodzeniu po szarych chodnikach, a w żadnym wypadku po parkietach. Ale jeśli zobaczymy kolorowe dywany, to po nich jeszcze bardziej nie wolno chodzić i wtedy te parkiety jakoś oblecą. Tak zestresowani ruszyliśmy na zwiedzanie. Zamiast oglądać z uwagą wnętrza i podziwiać ich piękno, nerwowo patrzyliśmy pod nogi, żeby nie wejść przypadkiem na parkiet, albo o zgrozo, na kolorowy dywan. A czy ten po którym właśnie idziemy jest jeszcze zwykły, czy już kolorowy ? W końcu trasa się skończyła, z ulgą zrzuciliśmy bamboszki pod ścianę i ruszyliśmy z powrotem do maszyn. Po zobaczeniu zimowego domku państwa Liechtenstein nabraliśmy ochoty na zobaczenie również ich letniej posiadłości. W tym celu przejechaliśmy drogą prostą jak strzelił do pobliskich Lednic, gdzie mieści się ów obiekt. Same Lednice cieszą się w Czechach zasłużoną sławą, co odczuliśmy wyraźnie szukając miejsca do stanięcia. Po minięciu kilku zapchanych do granic możliwości parkingów wepchnęliśmy się na jakąś łączkę za opłatą. Motorki za opłatą – niebywałe. Pocieszeniem jest fakt, że przy wjeździe siedziała sroga niewiasta i dawała baczenie. Przed samym budynkiem pałacu stał sobie młodzieniec i trzymał na ręce orła – bydle miało 4 kg i sądząc po marsowym obliczu było nieźle wkurzone. Pałac jest już w dużej mierze odnowiony i robi naprawdę spore wrażenie. Pałac można zwiedzać 4 wariantami – każdy inny i na każdy jest osobna i ogromna kolejka chętnych. Zdecydowaliśmy się na trasę nr 2 z uwagi na najkrótszy czas oczekiwania na wejście – zaledwie nieco ponad 2 godziny. Czas ten spędziliśmy miło w pałacowej knajpce na kawie i gejowskim piwie, a następnie na miłym spacerku po pałacowych ogrodach. A ogrody te wspaniale nadają się na spacery, szczególnie z powodu swoich rozmiarów. W każdym razie pomimo spaceru długiego nie doszliśmy nie tylko do końca owych posiadłości, ale nawet nie zobaczyliśmy innych obiektów rozrzuconych na tym terenie. Ogólnie ogrody zwiedzać należy rowerem. Po tych przemyśleniach wróciliśmy do pałacu po drodze natrafiając na dziwne drzewo rodzące jeszcze dziwniejsze owoce. Są one zielone, mają pomarszczoną skórę i są porośnięte z rzadka czarnymi włoskami, przypominającymi nieco ludzkie, tyle, że nie te na głowie. W końcu weszliśmy do pałacu, przelecieliśmy mnóstwo pokoi i nieco skołowani wypadliśmy na dziedziniec. Znowu natknęliśmy się na młodzieńca, tym razem z sową na ręce. Sowa owa miała tak rozjechane spojrzenie, że z pewnością była na jakichś prochach w krainie sowiej szczęśliwości. Nie wiem tylko po jakich prochach oczy robią się pomarańczowe. Pan opowiadał, że ową sowę ma od dziecka, a może nawet od jajka. I nie chciał odpowiedzieć na pytanie, czy sam je wysiedział. Ponieważ na razie znudziły nam się pałace ruszyliśmy do Petrowa zobaczyć unikalne winne piwniczki, zwane romantycznie „dżdżownice". Na miejsce dotarliśmy bez problemu i ruszyliśmy na poszukiwanie owych obiektów. Było sporo, niestety, otwartych tylko kilka. Na pierwszy ogień poszła jakaś nieciekawa, ze smętnym, a pazernym panem i niebyt dobrymi winami. Potem weszliśmy do innej, pomalowanej w ładne kwiatki i o zdecydowanie lepszej zawartości. Zbliżała się pora kolacji, więc ruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze zakupiliśmy całkiem dobre brzoskwinie i zajechaliśmy na parking u Jerzego. Akurat dotarł Miki z Beti i Marcin z synem. Po drodze zlało ich straszliwie, czemu bardzo się dziwiliśmy, bo poza kilkoma kroplami rano dzień był pogodny i gorący. Miki miał ubrane kaloszki od Mementa – buty trzeba przyznać doskonale wodoodporne, trzymały jej całe litry, niestety wewnątrz. W każdym razie po jej wylaniu Miki poczuł się zdecydowanie lepiej. Przebraliśmy się i pognali do Urbana na naprawdę zasłużony posiłek. Z uwagi na upał i odwodnienie na piwo też zasłużyliśmy. Po jedzeniu poszliśmy na rynek z nadzieją na kontynuację wspaniałej winnej imprezy, a tu kicha – czyżbyśmy wszystko już w piątek spożyli? Jeśli tak, to nas bracia Czesi nie docenili. Wobec tego poszliśmy na zamek, gdzie była impreza jazzowa i sprzedawali winka. Tradycyjnie krętą ścieżką wróciliśmy późną nocą do Jerzego. Towarzystwo było mocno rozbawione, więc postanowiliśmy jeszcze coś niecoś spożyć na tarasie u naszego miłego gospodarza doprowadzając go do rozstroju nerwowego, wrzodów żołądka, zakaziliśmy go Helicobacter Pylori, spaliliśmy świece dekoracyjne, przez co żona mu obiła miskę i prawie pozbawiliśmy biedaka koncesji budząc ze snu jego sąsiada. Prawdopodobnie sąsiad nie lubił Jerzego i stąd te jego wszystkie choroby. Aż w końcu ogarnął nas miły sen.


Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V