Mrągowo

Autorzy tekstu:

Greg i Schizm - więc wyszło smiesznie :)


Wszystkie drogi prowadzą do Mrągowa...

W dniu 29.07.22011 rzeczywiście tak było. Z różnych stron Polski zaczęli zjeżdżać ludzie z SRC spragnieni spotkania w gronie motocyklistów oraz dobrej zabawy w tym wypadku w stylu country. Pierwsi przyjechaliśmy my (Marysia, Greg) oraz Ziutek z Gosią. Za chwilę, jakby umówieni zjawili się Petrole. Zdążyliśmy zdjąć kufry z motocykli, kiedy rozległ się słynny gulgot znany ze stajni HD. Zjechał Wrocek ( Gosia, Rysio, Ania i Andy). Ale o dziwo przyjechali z Podlasia. Ach te GPS-y...

W tym roku przypadła 30 edycja pikniku Country w Mrągowie. W związku z tym za namową Grega oraz Marysi postanowiliśmy uświetnić te obchody nasza na nich obecnością. W piątkowy poranek zebraliśmy się na stacji BP w Mikołowie. Jurek z żoną już czekali gdy podjechałem na miejsce. Gutek (spóźnił się 15 minut) twierdził, że przez pierwsze 5 km jechał w deszczu (co tłumaczyłoby założony kombinezon). My czegoś takiego nie uświadczyliśmy. Ruszyliśmy i już niedługo w Petrolgrodzie spotkaliśmy Mementa. No i w drogę. Im dalej od Śląska tym pogoda ładniejsza. W Bełchatowie pozbyliśmy się podpinek i mknęliśmy dalej. Droga była różna. Raz lepsza, raz gorsza – dużą część pokonaliśmy poprzez plac budowy (zwany drogą). W zajeździe „U Matiego" pani kelnerka/właścicielka zarzekała się, że Memento przypomina jej zmarłego przed laty brata. Mało brakowało a obiad mielibyśmy gratis. Niewiele przed Mrągowem miałem incydent z pszczołą, żądłem i cebulą (na szczęście dzięki szybkiej reakcji lekarza (oraz wiedzy na temat medycyny ludowej) udało się uratować moje życie). Mieliśmy być w Mrągowie w okolicach 16-17, tak nam się fajnie jechało, że dojechaliśmy o godzinie 18:30. Na miejscu była już pozostała część grupy. Między innymi Axel Grup, która rezydowała w okolicy już od poniedziałku. Uściski, przywitania i meldunek na pokojach. Następnie szybki prysznic i na koncert.

Po obowiązkowych "niedźwiadkach" zabukowaliśmy się w hoteliku i rozeszliśmy się do pokoi nieco wyciągnąć nogi przed koncertem. W tym roku za namową Gutków zamówiliśmy bilety na piątkowy koncert spodziewając się dobrej zabawy. Śląsk zjechał najpóźniej, prowadzony przez samca alfa z Gutek Group i zasilony przez nowych kandydatów na członków Wiolę i Jurka. Ponieważ hotel położony był niedaleko amfiteatru, mieliśmy jeszcze czas na odwiedzenie licznych kramików i zjedzenie drobnego co nieco w jednej z countrowych knajpek.

Na miejscu kupiliśmy coca –cole o złotawym kolorze o zadziwiających efektach ubocznych. Między innymi u Rycha stwierdziliśmy nagły przyrost długich czarnych włosów. A u Mementa wywołała uczucie senności. Przez co musiał on chwilkę odpocząć. Jeden ze współbawiących się z nami kowbojów. Tak zmartwił się zmęczeniem naszego kolegi, że postanowił go przytulić, cmoknąć w czółko na dobranoc i chwilkę z nim poleżeć. Impreza była super. Bawiliśmy się do 1:30. Chociaż nie obyło się bez zgrzytów. Między innymi pani burmistrz Otolia odznaczała zasłużonych... średnio nam się to podobało – wyszli na scenę, ale nie chcieli śpiewać. Dziwne jak na piknik Country. No ale nic to. Tańczyliśmy, śpiewaliśmy do późna w nocy.

No i o 19.30 zaczęło się...

Na deski amfiteatru wychodziły kolejne zespoły zalewając nas całą masą decybeli, które zapowiadał niezmordowany, ten sam od lat, Korneliusz Pacuda. Zagrała cała śmietanka polskiego country. Między innymi: Longstar, Tomasz Szwed, Ala Boncol, Gang Marcela, Zespół Zajazd i wiele innych. Emocje były tak duże, że Rysiowi włosy urosły i to w nadmiarze. Tylko dlaczego czarne ?...

A Memento był namawiany przez świeżo poznanego kolegę, żeby zrobić sobie tatuaż, ale udało się mam go odwieść od tego zamiaru. (szkoda, Memento cały w tatuażach to byłby widok :) W trakcie trwania koncertu w sposób znaczący wzrosło spożycie pepsi-coli. Jak się okazało był to jedyny napój orzeźwiający, z którym ochrona wpuszczała do amfiteatru i nie wiedzieć dlaczego sprzedający pomyłkowo zamiast pepsi do firmowego kubka nalewali piwo. Jedynie Rysio nie został wpuszczony niosąc piwo w oryginalnym (czytaj przezroczystym) plastikowym kubku i był zmuszony wypić duszkiem całą zawartość pod przenikliwym okiem ochroniarza. I tu powstaje filozoficzne pytanie: Czy piwo wypite tuż przed wejściem jest piwem wniesionym , czy nie ? Hmm...

Z koncertu wróciliśmy zmęczeni, ale w dobrych nastrojach. W sobotę po śniadaniu wyruszyliśmy na wycieczkę po Mazurach. Najpierw udaliśmy się do Sanktuarium w Świętej Lipce. Po dotarciu na miejsce naszym oczom ukazała sie w dużej części odnowiona piękna budowla sakralna, która oczarowuje wielkością i rozmachem architektonicznym. Po wejściu do środka zobaczyliśmy piękne, świeżo odnowione, freski pokrywające prawie wszystkie ściany oraz sufit. No i organy...jedne z piękniejszych w Europie. Przewodnik Jezuita przybliżył mam historię tego miejsca, a następnie wysłuchaliśmy koncertu organowego wykonanego przez siostrę zakonną. Po tych przeżyciach duchowych udaliśmy się do Gierłoży, aby zwiedzić ruiny głównej kwatery Hitlera z czasów II-ej wojny światowej - "Wilczy Szaniec".

Na parkingu czekała na nas przewodniczka, która zabrała nas na dwugodzinną ( niestety pieszą) wycieczkę po wielohektarowym terenie przybliżając mam historię tego miejsca, oraz jego mieszkańców, w tym postać jednego z największych oprawców w dziejach świata Adolfa Hitlera. Po krzepiącej kawce następnym punktem objazdówki było Giżycko. Udaliśmy się tam, aby obejrzeć nowo otwarty, jeden z największych w Europie, port jachtowy - EKO MARINA. Krótki spacer i dalej w drogę. Po emocjach całego dnia, zmęczeni, odpuściliśmy ostatni punkt programu - twierdzę Boyen i pojechaliśmy na obiad do knajpki WEST HOUSE na zamówiony obiad.

Następnego ranka wstaliśmy i zjedliśmy śniadanko. Potem na motocykle i w trasę. Na początek malowniczymi drogami pojechaliśmy do św. Lipki. Sanktuarium jak zwykle było w remoncie, ale mogliśmy podziwiać wyremontowane freski i wnętrze świątyni. Przybyłych przywitał starszy już ksiądz jezuita (o bardzo fajnym nazwisku, które niestety mi umknęło). Wysłuchaliśmy prezentacji możliwości tutejszych organów przy klawiaturze siostra zakonna dała czadu zaczynając Janem Sebastianem Bachem. W pewnym momencie figury na organach zaczęły się poruszać. A to aniołowie z trąbkami, z dzwonkami zaczęli dzwonić. Archanioł bił pokłony a Maryja skłaniać głową. Za prawdę musiała to być kiedyś prawdziwa Deus ex machina. Potem zakonnik w telegraficznym skrócie opowiedział nam historię sanktuarium. Następnie udaliśmy się do Gierłozy do Wilczego Szańca. Zwiedziliśmy pozostałości po kwaterze Adolfa Hitlera. Ogrom bunkrów robił wrażenie. Pani przewodnik opowiadała bardzo ciekawie (nie do końca zgodzę się z jej koncepcją stropów strunobetonowych, ale mniejsza o to). Podczas naszego zwiedzania betonu i stali Gutek wybrał się na samotną sentymentalna podróż do pobliskich Martian (nie wiemy co wspominał, bo nic nie chciał nam powiedzieć). Kawka w kantynie i w drogę do portu jachtowego do Giżycka. Na parkingu nasza kolumna motocykli udawała, że jest autobusem, a my w tym czasie poszliśmy pooglądać port. Memento zakupił marynarską koszulkę w paski, w której dumnie potem paradował przez resztę dnia. Zdjęcia i na motory. Znowu mazurskimi drogami pojechaliśmy na przejażdżkę. Dojechaliśmy do restauracji, gdzie nasi wspaniali organizatorzy wcześniej zamówili nam obiadek. Posililiśmy się i w drogę do hotelu. Rozpoczęły się zajęcia w podgrupach. Gutek poszedł spać zmęczony anginą, część pozostała w hotelu, a reszta udała się nad jezioro. Tam po przejściu zgnitym molem kilkoro z nas weszło (lub wskoczyło) do wody. Po zażyciu kąpieli udaliśmy się na budy przed amfiteatrem. Zjedliśmy, pooglądaliśmy, kupiliśmy znaczki i spacerkiem przez pomost/molo nad jeziorem Czos wróciliśmy do hotelu, gdzie niecierpliwie wyczekiwał na nas Greg. Obchodzący w tym właśnie dnu swoje urodziny. Na korytarzy zrobiliśmy próbę i wkroczyliśmy do pokoju ze śpiewem na ustach. Chórowi dyrygowała Ania. Zaśpiewaliśmy na dwa (albo nawet i więcej) głosów „sto lat" po czym zasiedliśmy na czym tylko się dało. Rozmowom, śmiechom i wspomnieniom nie było końca. W godzinach nocnych zaczęliśmy się rozchodzić po pokojach (niektóry kontynuowali świętowanie w mniejszym gronie).

Do hotelu zjechaliśmy około 17-ej. Po odpoczynku udaliśmy się na festiwalowe stoiska i spacer wokół jeziora. Wieczorem spotkaliśmy się w naszym pokoju na symbolicznej szklaneczce whisky ( a może czegoś innego). Żartom i śmiechom nie było końca. Do tej pory mam w uszach perlisty śmiech naszych przeuroczych wrocławianek. Rano po śniadaniu i obowiązkowych "niedźwiadkach rozjechaliśmy się w grupach do domów. Czy wrócimy tu za rok ? Niewykluczone.

Rano śniadanko i pakowanie motorów. Pożegnania nadszedł czas – podzieliśmy się na mniejsze grupki i ruszyliśmy do domów. Po drodze kilka razy zgubiliśmy Mementa, na szczęście szybko się odnajdywał (do momentu aż zgubił się nam na dobre). W Sochaczewie tak się pogubiliśmy na rondzie, że każdy pojechał w inną stronę (Memento robił podwójne okrążenia). Po tym incydencie szukaliśmy się wzajemnie często mijając się z przeciwnych kierunków... istne szaleństwo – na dodatek zaczęło kropić (na szczęście szybko przestało). Tutaj też dognił nas Axel i zgubiliśmy Mementa. Po zebraniu większości pojechaliśmy dalej. Razem z Axelami zjechaliśmy do restauracji, która z zewnątrz wyglądała jak stara karczma a w środku jak supermarket. Jedzenie było całkiem dobre. Po obiadku pożegnaliśmy Akselów i pojechaliśmy dalej. Od Siewierza jechaliśmy w mżawce, ale szczęśliwie dojechaliśmy do domów.



Wyprawy

<< Grudzień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V