Faakersee

 

 

Wtorek Zaczęło się trochę pechowo. Dzień przed wyjazdem, usiłując przy pomocy jednej ręki postawić Yamaszkę do pionu, wyrwałem z korzeniami manetkę (i to tę ważniejszą). Sprawy nie wyglądały źle i przy pomocy „kropelki" całość została poskładana do kupy. Nazajutrz wyruszyliśmy z Rikim (vel Rychem) w drogę. Pogoda była piękna, poranek rześki, żyć nie umierać. Z dumą pokonywaliśmy kolejne kilometry świeżo oddanej do użytku Autostradowej Obwodnicy Wrocławia (w skrócie AOW). Radość, jak to zwykle bywa w takich momentach, nie trwała długo. W pewnej chwili odczułem gwałtowny spadek obrotów, a ku mojemu zdziwieniu, w prawej ręce ujrzałem manetkę połączoną z motorem jedynie za pomocą kabla od grzałki. Nie tracąc przytomności umysłu wsunąłem ją z powrotem na kierę. Jak łatwo się domyślić rozwiązanie to było jedynie tymczasowe. Na szczęście byliśmy dopiero na początku podróży, więc zboczyliśmy nieco z drogi i dotarliśmy do zaprzyjaźnionego serwisu w Dzierżoniowie. Tam dwóch miłych panów dokonało, jak sami stwierdzili, niefachowej aczkolwiek skutecznej naprawy. Z racji niefachowości odmówili przyjęcia zapłaty i pożegnali nas życząc szerokiej drogi. Dalej było już tylko z górki i nawet nie spostrzegliśmy się jak przed naszymi oczyma ukazała się tablica „Faak am see". Rozbiliśmy namioty, zameldowaliśmy naszym Połowicom osiągnięcie celu podróży i... poszliśmy oczywiście przepłukać wysuszone długą i męczącą drogą gardła. Płukanie nie trwało długo. I całe szczęście, bo po czterech godzinach zasłużonego odpoczynku obudził nas piękny i oczywiście baaardzo głośny strzał z wydechu Elektry naszego niemieckiego sąsiada. Środa Była szósta rano, a ten proceder powtarzał się codziennie, aż do wyjazdu z zaskakującą punktualnością i konsekwencją. Dla wytrwałych, którzy przebrną przez tę relację do końca, wyjaśnię co było tego przyczyną. Spać już nie było sensu. Dokonaliśmy więc jak mawiał kiedyś mój kolega „drastycznych zabiegów higienicznych" (czyli mówiąc po ludzku umyliśmy się), zjedliśmy przywiezione jeszcze z Polski kanapki, popijając obrzydliwą, lecz drogą, kawą i wyruszyliśmy na naszą pierwszą wycieczkę. Riki był na Faaker w zeszłym roku więc nie wykazywał nadmiernej ekscytacji. Dla mnie to była zupełna nowość. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu motorów w jednym miejscu i czasie. Co tam motorów ... HARLEI !!! Sprzęty małe i duże, kolorowe i czarno-białe, głośne i ciche (częściej głośne), dosiadane przez wszystkie możliwe płci (ponoć jest ich siedem), niskie i wysokie, wąskie i szerokie, można by tak wymieniać bez końca. Nasyciwszy wzrok i słuch tymi delicjami ruszyliśmy w stronę Gross Glockner. Pogoda była wymarzona na taki wypad. Słońce, słońce i jeszcze raz słońce. Zdawałoby się, że nic nie zmąci tej sielanki. Niestety pech znowu dał znać o sobie. Tym razem posłuszeństwa zaczęła odmawiać Elektra. W najmniej oczekiwanych momentach (przeważnie przy wyprzedzaniu) motor Rikiego zaczynał się dusić. Nie pomagały żadne prośby, groźby czy zaklęcia jakich próbował Rychu. W końcu zatrzymaliśmy się na parkingu w celu odbycia narady. Zaproponowałem, że wezmę Rikiego jako plecaczek, żeby nie stracić oczekiwanych atrakcji, jednak po minie kumpla stwierdziłem, że pomysł był lekko chybiony. Moja propozycja wywołała jednak „burzę mózgów", dzięki której doszliśmy do wniosku, że przyczyną może być świeżo zakupiona nawigacja. I to był strzał w dziesiątkę. Zasilacz navi robił prawdopodobnie przejściowe zwarcia, co powodowało brak zapłonu. „Ślepi" ale szczęśliwi wyruszyliśmy w dalszą podróż. Pokonując niezliczone winkle i agrafki dotarliśmy do celu. Na miejscu naszym oczom ukazał się lodowiec w pełnej krasie. Błękit nieba, biel i szarość lodowca, zieleń trawy i niesamowita barwa kilku jeziorek ... coś pięknego. Na miejscu całkiem fajny kompleks składający się z tarasu widokowego i kilku ciekawych ekspozycji (m.in. wystawa starych samochodów i motocykli). Obejście i obejrzenie tego wszystkiego zajęło nam trochę czasu oraz zabrało parę kalorii. Postanowiliśmy więc w drodze powrotnej zahaczyć o jakąś knajpkę. Jedziemy, jedziemy, knajpki nie widać, w brzuchach coraz głośniej burczy. W pewnym momencie zauważyliśmy niewielki parking (właściwie zatoczkę), na którym stało kilkanaście osób przyjaźnie do nas wymachujących zapraszającym do zatrzymania gestem. Ku naszemu zdziwieniu zauważyliśmy również suto zastawione stoły, uginające się pod ciężarem wielu słonych i słodkich smakołyków. Okazało się, że natrafiliśmy na wycieczkę ze Szwecji, która przesadziła podczas spożywczych zakupów i bardzo chętnie zapraszała do wspólnego posiłku przejeżdżających turystów. W menu było nawet wino, ale z wiadomych przyczyn odmówiliśmy. Zadowoleni z takiego obrotu sprawy pięknie podziękowaliśmy i z pełnymi brzuchami skierowaliśmy się w stronę Faaker. Dalsza podróż przebiegła już bez niespodzianek. W tłumie bikerów dojechaliśmy do naszego kempingu. A tu znowu niespodzianka. Tuż przy wjeździe do jednej z „wiosek" sympatyczna choć niekoniecznie kompletnie ubrana pani, przy pomocy prowizorycznego napisu sporządzonego na kawałku kartonu oraz zachęcających ruchów nakłaniała spragnionych adrenaliny motocyklistów do palenia gumy. Co rusz któryś się zatrzymywał i czynił zadość jej namowom. I choć powodowało to niezłe zamieszanie na drodze nikt nie protestował. Wszyscy pokornie wdychali spaleniznę i gromkimi brawami i okrzykami nagradzali poświęcających swoje ogumienie bikerów. Wieczór upłynął nam na zwiedzaniu niezliczonych stoisk z równie niezliczonymi motocyklowymi i nie tylko gadżetami oraz na sączeniu (oczywiście z wrodzonym umiarem) niewyszukanych drinków: whisky + cola. Szczególnie Riki był chyba spragniony (lub na takiego wyglądał), bo co rusz dostawał od zgrabnych hostess zaproszenie do „gorącego namiotu". Zaliczyliśmy również fragment koncertu zespołu KISS, który z prawdziwą grupą o tej nazwie miał zaskakująco dużo wspólnego. Zmęczeni przeżyciami całego długiego dnia zalegliśmy w naszych tekstylnych apartamentach.

 

Czwartek Prognoza pogody, którą sprawdziliśmy dzień wcześniej, nie była zachęcająca, dlatego odczuliśmy przypływ pozytywnej energii gdy poranek powitał nas słońcem (nawet pomimo „brutalnego" przebudzenia punkt szósta). Śniadanie zjedliśmy w lokalnym barze, w towarzystwie Roberta – Niemca, którego Rychu poznał rok wcześniej. Fajny facet, ale trudno go zrozumieć, gdyż każde zdanie kończy zanosząc się od śmiechu. Robert namawiał nas na wycieczkę z przewodnika ale my mieliśmy własne plany. Nockalmstrasse – kraina tysiąca zakrętów w prawo i w lewo, podjazdów i karkołomnych zjazdów i przepaści. Z racji wczesnej pory dość szybko udało nam się opuścić Faaker i już po niecałej godzinie stanęliśmy u granic Parku Narodowego Nockberge. Obowiązkowa opłata, łyk wody ze źródełka tryskającego z przydrożnego korzenia i już ochoczo wspinamy się na szczyt. Zakręty pokonywaliśmy dość ostrożnie, gdyż czarny scenariusz pogodowy powoli zaczął się spełniać. Na domiar wszystkiego przy każdym pochyleniu moja Yamaszka sygnalizowała, że jej właściciel wprawdzie zadbał o uzupełnienie płynów, ale tylko we własnym organizmie. Od razu przypomniał mi się Memento, który jeszcze w Koszarawie zrobił mi wykład na temat konieczności regularnego sprawdzania poziomu oleju. (Dzięki Memento :). Temperatura spadała coraz niżej, na naszych szybach zaczęły pojawiać się kropelki deszczu, dlatego bardzo ucieszył na widok małego schroniska, które oferowało między innymi gorące dania, w tym zachęcającą Goulaschsuppe. Zamówiliśmy po porcji, lecz jakież było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy jak kucharz i kelner w jednym nalewa jakąś breję z trzylitrowej puchy z napisem Knorr do plastikowych pojemników po lodach i wszystko to wkłada do kuchenki mikrofalowej. No cóż, zapłacone – zjedzone. O dziwo zupa okazała się całkiem smaczna, a i podano ją na szczęście po ludzku – w porcelanie. Riki zakupił na odchodnym dwa fajne kieliszki, żeby było z czego degustować inne pamiątki. W tzw. międzyczasie deszcz przestał siąpić, a my zadowoleni i rozgrzani (Knorr nie żałował pieprzu i papryki) kontynuowaliśmy wycieczkę. Następnym przystankiem było małe ale sympatyczne muzeum Porsche w Gmünd. Założycielem był były kierowca wyścigowy więc pasję było widać w każdym szczególe. Oprócz różnej maści Porschaków stał tam również jeden z czterech Garbusów, wyprodukowanych specjalnie dla feldmarszałka Rommla. Model różnił się od seryjnych szerokością powiększoną o 10 cm oraz na moje oko wyższym zawieszeniem. W Gmünd przespacerowaliśmy się po urokliwych uliczkach, a Riki pogłaskał czule drewnianego psiaka (chyba po to aby przymilić się Gosi). W drodze powrotnej podziwialiśmy autostradę (ale od dołu) wijącą się wśród gór na niezliczonej ilości podpór i wiaduktów. Gdy dojechaliśmy do Faaker pogoda była już tak dobra, że Riki wskoczył od razu do jeziora, a ja schłodziłem się w bardziej konwencjonalny sposób – zimny weizenbier – aplikowany doustnie. Właśnie mieliśmy pójść porobić trochę zdjęć bardziej nietypowym sprzętom, lecz natknęliśmy się na wielce rozradowanego Roberta. Okazało się, że wygrał bon na 250 euro, który mógł wymienić na dowolny kask. Tak się chłopina ucieszył, że zaprosił nas na drinka. W drodze do baru wszystko mu się poplątało (chyba ze szczęścia) i do mnie mówił po niemiecku, a do Rycha po angielsku. Rychu protestował, a ja (szkoła Prezesa) udawałem, że wszystko rozumiem. Gdy doszliśmy do celu Robertowi przypomniało się, że dziś gra „AC/DC". Zajęliśmy więc dogodne miejsca i w oczekiwaniu na show raczyliśmy się tym i owym. W końcu, z niemałym spóźnieniem muzycy wskoczyli na scenę i dali czadu. Koncert był naprawdę odjazdowy, a atmosfera gorąca. Nie ma się więc co dziwić, że co rusz któryś z nas, rotacyjnie, biegał do wodopoju. Wreszcie zrobiło się tak fajnie, że w kulminacyjnym momencie Hells Bells Riki wskoczył na stół i wzorem fanek The Beatles z lat sześćdziesiątych zaczął głośno piszczeć i wymachiwać entuzjastycznie rękoma. OK trochę przesadziłem, ale z tym stołem to prawda. Koncert dobiegł końca, a my udaliśmy się na mały rekonesans po wiosce. Niestety z powodu sporego tłumu zgubiliśmy się nawzajem i każdy wracał na pole namiotowe na własną rękę. Długi dzień dobiegł końca. Ale się działo.

 

Piątek   Po chmurach nie było już najmniejszego śladu. Postanowiliśmy więc wybrać się na podbój Słowenii i Włoch. Na pierwszy ogień poszła Planica. Bardzo chcieliśmy zobaczyć na własne oczy jak wygląda skocznia (Letalnica kiedyś zwana Velikanką), pod którą nasz Orzełek z Wisły wielokrotnie odbierał kryształowe kule. Skocznia nas trochę rozczarowała gdyż w realu okazała się mniejsza niż w TV, zaskoczył nas też brak jakiejkolwiek infrastruktury – parę budek i już. Pożegnaliśmy więc Planicę bez żalu i skierowaliśmy się w stronę przełęczy Vrsic. Kręta droga prowadziła nas wśród monumentalnych szczytów. Piękno słoweńskich Alp jest nieopisane. Mimo,że nie są one najwyższe, to sprawiają wrażenie większych niż austriackie. Niesamowity jest także ich kolor, zdominowany przez różne odcienie bieli (o ile to w ogóle możliwe, bo któż wie gdzie kończy się biały, a zaczyna szary), ogromne wrażenie robią też niezliczone strumyki i potoki, kończące swój bieg w kryształowo czystej rzece, o nic nam nie mówiącej nazwie Soca. Rzeka towarzyszyła nam przez sporą część drogi, a jej niesamowity kolor (dla mnie nie do określenia) powodował nieodpartą chęć wskoczenia w jej nurt. Jedyne co nas przed tym powstrzymywało, to jej temperatura, która oscylowała w okolicach kilku stopni. Zresztą wykąpać można się wszędzie, a cieszyć pięknymi serpentynami nie. Ciekawostką jest fakt, że tuż przed dojazdem go agrafek asfalt zamienia się w niezbyt równą i nieprzewidywalną kostkę brukową, która kończy się po przejechaniu najbardziej niebezpiecznego odcinka. Dziwne. Po drodze zaliczyliśmy fajny taras widokowy, który był wyposażony w sprytne urządzenie, dzięki któremu można było odczytać nazwy otaczających nas szczytów. Nieopodal znajdował się fundament rozebranej już kolejki linowej, która została wybudowana w czasie Pierwszej Wojny Światowej, jako zimowa droga zaopatrzeniowa garnizonów wojskowych rozsianych po całej okolicy. Ślady tej wojny można spotkać na każdym kroku, co nas, przyzwyczajonych do pamięci raczej o tej Drugiej, trochę dziwiło. Ale co tam historia. Teraźniejszość bardziej dawała znać o sobie, więc skierowaliśmy się do pierwszego napotkanego zajazdu. Nie pamiętam już nazwy miejscowości, w której się zatrzymaliśmy, natomiast pamiętam sporą grupę „motocyklistów" z Polski, tak hałaśliwą, że nie można było zebrać myśli podczas przeglądania menu. Z tej racji woleliśmy się trochę posmażyć na tarasie i zjeść w spokoju, tym bardziej, że jadło było wyśmienite. Po posiłku skierowaliśmy się w stronę granicy włoskiej, którą przekroczyliśmy nieopodal miejscowości Tarvisio. Po drodze nacieszyliśmy oczy ogromnymi kamieniołomami oraz całkiem sporym jeziorem, na którym żeglowało mnóstwo jachtów. W Tarvisio dołączyliśmy do sporej grupy bikerów zmierzających do Faaker, więc bez potrzeby spoglądania na mapę, późnym popołudniem, dotarliśmy do celu. Na miejscu oczywiście obowiązkowa kąpiel w jeziorze i nocne harce. Fajny dzień. Sobota   Sobota, to w Faaker dzień spod znaku parady. W zeszłym roku Rychu ją sobie odpuścił, więc w tym nie było o tym mowy. Od samego początku nie mieliśmy zamiaru w niej uczestniczyć (poruszanie się w tłumie z prędkością chorego żółwia, na moto chłodzonym powietrzem, przy żarze lejącym się z nieba, to nie dla nas), dlatego postanowiliśmy zająć z góry upatrzone pozycje i czekać. Po drodze zahaczyliśmy o sklep Louis'a, gdzie bardzo miła pani pokazała nam trasę przejazdu parady. Na nasz punkt obserwacyjny wybraliśmy miejscowość Ossiach, leżącą nad jeziorem o tej samej nazwie. Ponieważ do spodziewanego przejazdu było jeszcze trochę czasu zwiedziliśmy zamek w Landskron górujący nad okolicą. Ciekawe, że do zamku wjechaliśmy na motorach, a na każdym kroku spotykaliśmy tablice „Bikers Wilkomen", „Harley Parking" itp. W zamku znajduje się mini ZOO z okazami drapieżnych ptaków, ale nam nie starczyłoby czasu, żeby je obejrzeć. Ograniczyliśmy się do podziwiania okolicy z średniowiecznych murów. W oddali było nawet widać skocznię narciarską w Villach, ale nikt nie skakał. Pojechaliśmy więc do Ossiach i tam po znalezieniu fajnego miejsca z kawałkiem cienia (a nie było to łatwe), chłodząc się bezalkoholowym piwkiem, czekaliśmy na pojawienie się pierwszych sprzętów. Wreszcie są. Z początku pojedyncze egzemplarze przelatujące ze zbyt dużą, jak na paradę prędkością, lecz po paru minutach pojawił się właściwy „peleton". Nie będę tu opisywać, co tam widzieliśmy, bo zabrakło by megabajtów. W skrócie powiem tylko, że było tam chyba wszystko, co ma dwa, trzy lub cztery koła. Całość kolorowa, poprzebierana lub porozbierana. Tłumy na drodze rozentuzjazmowane i mimo ponaddwugodzinnej zabawy niezmordowanie machające do każdego przejeżdżającego motocyklisty. W końcu pozazdrościliśmy uczestnikom parady i sami do niej dołączyliśmy. Jechaliśmy przez wioski, miasteczka, drogi główne, podrzędne, a nawet autostrady i wszędzie ten sam obrazek – mnóstwo uśmiechniętych i pozdrawiających nas ludzi. W takiej atmosferze dojechaliśmy do Faaker. Niestety końcówka drogi nie należała do najprzyjemniejszych z racji, co można było przewidzieć, gigantycznego korka, jaki powstał. W pewnym momencie moje sprzęgło zastrajkowało i musieliśmy zrobić przymusowy postój. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Sprzęgło wystygło, korek się rozładował i spokojnie wróciliśmy na nasz camping. Wieczór upłynął nam na poszukiwaniu różnych gadżetów dla naszych Połowic i Latorośli. Riki zakupił super buty dla Goni, ale nie będę nic więcej zdradzał, bo pewno sama się pochwali. W nocy byliśmy grzeczni, z racji czekającej nas następnego dnia długiej drogi. Niedziela   Jest szósta zero zero i zgadnijcie co nas budzi ? No właśnie, żadnych niespodzianek. Bum i koniec. Wstaliśmy więc, bo i tak mieliśmy w planie szybki wyjazd. W trakcie pakowania pojawił się nasz „budzik", a na nim pan w średnim wieku i mimo że z byłego NRD, całkiem sympatyczny. Po wysłuchaniu jego tłumaczeń wybaczyliśmy mu wszystko, gdyż okazało się, że ma kontuzję barku i codziennie rano musi jeździć do szpitala na zastrzyk. Chyba dobrze zrozumieliśmy, choć znajomość niemieckiego raczej się nie przydała, gdyż mówił on w jakimś dziwnym dialekcie, z którego Rychu zrozumiał tylko „Morgen", czyli tyle samo co ja, choć niemieckiego nie zam ni w ząb. Spakowaliśmy resztę rzeczy, zrobiliśmy mały rekonesans po leniwie budzących się „wioskach" i w drogę. Pogoda jak zwykle nas rozpieszczała, co jednak nie okazało się całkiem pozytywne, gdyż wywoływało nieodpartą chęć drzemki. Chyba jednak nie byliśmy poprzedniej nocy wystarczająco grzeczni. W pewnym momencie, gdy po raz kolejny ręce ugięły mi się na kierownicy (nie sądziłem, że to w ogóle możliwe) postanowiłem zjechać na najbliższy parking. Rychu jakby czytał mi w myślach (a może czuł to samo), bo po chwili wyprzedził mnie i jednoznacznym gestem dał do zrozumienia, że pora na postój. Zatrzymaliśmy się na ogromnym parkingu, na którym nie było najmniejszego choćby drzewka. Z tej racji położyliśmy się w cieniu stojącego nieopodal Tira usiłując choć na chwilę usnąć. Nie było to jednak takie proste, bo przejeżdżające samochody hałasowały niemiłosiernie, przechodzący ludzie ciągle szprechali, a Riki zdjął buty. Mimo tych niedogodności trochę odpoczęliśmy. Kolejny dłuższy postój zafundowaliśmy sobie w Mikulowie. Jako, że pora była obiadowa nie mogliśmy sobie oczywiście odmówić żeberek u Urbana. Zjedliśmy ze smakiem, nakarmiliśmy zaprzyjaźnionego kota i znowu w drogę. Niestety po pięknych austriackich autostradach pozostało tylko wspomnienie, choć na pocieszenie muszę powiedzieć, że Czesi bardzo chętnie ustępują motocyklistom miejsca na drodze. Wreszcie, po wielu godzinach dotarliśmy do naszego Wrocka. Było super, lecz wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

 

 

 

 



Wyprawy

<< Sierpień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V