Węgry 2008 - Dzień piąty

Dolina Kriszny i Pecz

Wczesnym rankiem na kempingu zaczął się ruch – śniadanko, kawa, pakowanie, kawa. W końcu pojechaliśmy. Początkowo szło nam dobrze, ale na skutek nieporozumienia z GPS zwiedziliśmy dodatkowo kawałek Węgier – ale ładne były. W końcu wszystko dobrze się skończyło i już dobrą drogą pojechaliśmy na południowy wschód. Nieco klucząc znaleźliśmy poszukiwaną Dolinę Kriszny. Przy bramie wjazdowej uiściliśmy stosowną opłatę i szutrową drogą ruszyliśmy przed siebie. Po chwili drogę zastąpiły dwa białe słonie. A że fotogeniczne były, trochę nam zeszło. Potem była malownicza altanka, kapliczki na wodzie, małe kopułki – pewnie groby. W końcu zajechaliśmy do środka osady, gdzie na nas czekał super miły przewodnik. Roztaczał przed nami uroki życia w komunie, niuanse hinduizmu, opowiedział życiorys założyciela komuny, oraz kim naprawdę jest Kriszna. Bardzo nas to wciągnęło i dużo nie brakowało, że zostalibyśmy tam na dłużej. Ale oni nie jedzą krów, a my lubimy wołowinę, więc nie skorzystaliśmy z zaproszenia. Ale sama filozofia bardzo mi się spodobała – a najbardziej fakt, że ich celem jest bycie szczęśliwym. To zupełnie jak ja. A że wszystko co dobre szybko się kończy, ruszyliśmy dalej. Po pewnym czasie płaski dotychczas teren zaczął się znacząco fałdować (jak na warunki węgierskie oczywiście). I tak kręcąc to w lewo, to w prawo zajechaliśmy do Peczu. Tu oczywiście GPS pociągnął nas wąską, dziurawą drogą w stronę kempingu. Łatwo nie było, ale znaleźliśmy go. Był zamknięty. W końcu pojawił się jakiś tubylec, ale próba nawiązania z nim nici porozumienia spełzła na niczym. Był niekumany, nawet jak na Węgra. O zamknięciu kempingu wyraźniej mówiła kłódka na bramie, niż nasz interlokutor. Nie było wyjścia, więc wklepaliśmy do GPS adres innego kempu i ostro kręcąc po stromych uliczkach pojechaliśmy na drugi koniec miasta. Tu był kemping i to otwarty. Wzięliśmy pokoje, a Zyga tradycyjnie namiot. Zjedliśmy obiadek i poszliśmy zwiedzać miasto. Starówka ładna, turecki meczet przerobiony na kościół też OK, choć zamknięty. Na placu stało ładne nowe Audi. Wsiadła do niego panienka i zachęcająco pomachała nam ręką. Nie wiem czemu nie spotkało się to z entuzjazmem naszych pań. Dziwne, bo Audi było naprawdę ładne. Potem poszliśmy w stronę katedry. Na płocie wisiały tony kłódek z wygrawerowanymi lub wydrapanymi gwoździem inicjałami. Wymyśliliśmy, że to miało symbolizować związki małżeńskie – ale jak jest naprawdę? Doszliśmy do placyku pokrytego szybami, pod którymi było widać jakieś pomieszczenia. Przez placyk szło się po metalowej kładce nad tymi szybami – ogólnie dziwne wrażenie – jak kładka nad przepaścią. Weszliśmy na plac katedralny – gdzie wpadliśmy na fioletowego pana – pewnie biskupa. Pokiwaliśmy sobie mądrze głowami i rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę. Pooglądaliśmy jeszcze pana w zbroi, który wisiał z balkonu i poszliśmy zobaczyć ruiny łaźni tureckiej. W drodze powrotnej Marysia porozmawiała z lokalnymi dziećmi – i to o dziwo po polsku. Na zakończenie dnia wpadliśmy do cukierni na coś dobrego. I było dobre. Wieczór tradycyjnie minął nam na uszczuplaniu zapasów wina.



Wyprawy

<< Grudzień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V