5 - dzień piąty

Heiligenblut - Cortina

Początkowo noc mijała spokojnie, ale potem zacząłem odczuwać drobny dyskomfort – było jakoś rześko. I tak zwinięty w kłębek, z głową w śpiworze dospałem do świtu. Jak zrobiło się jaśniej wstałem i wyszedłem na dwór. Niebo jasne, słońca jeszcze nie widać. Po chwili wyszedł Leszek. Żeby się trochę rozgrzać poszliśmy na spacer w górę rzeki. Widzieliśmy bardzo ładny, mały kościółek. Po chwili najwyższe szczyt w okolicy zazłociły się. Niestety dolina jest głęboka i słońce prędko tu nie dojdzie. Na termometrze w motorze sprawdziłem temperaturę – 3 stopnie na plusie pod pokrowcem. To tłumaczy uczucie dyskomfortu – letni śpiwór o wadze 700 gramów nie jest przystosowany do takich temperatur. Powoli chłopaki wstają. Axel wydał mi się taki niebiesko – siny, a może to efekt poświaty? Ruszyłem motorem do Heiligenblut po pieczywo. Piękny widok miasteczka z oryginalnym kościółkiem, a w jego tle śnieżno - lodowy masyw Gross Glocknera. Kupiłem chleb i bułki i wróciłem robić śniadanie. Spakowaliśmy się i w drogę. Urokliwą doliną pojechaliśmy na przełęcz Iselsberg i zjechaliśmy do doliny Drau. Szeroką drogą szybko podjechaliśmy do Oberdraubergu i skręciliśmy na południe na przełęcz Gailbergsattel. W beskidzkiej scenerii, ostrymi, dobrymi winklami podjechaliśmy do miasteczka Kotschach. Pogadaliśmy z dwójką Belgów na Paneuropean – jechali do Chorwacji. Dalsza droga wiodła na graniczną przełęcz Passo delle Croce. Po stronie austriackiej nic nie zapowiadało wrażeń czekających na nas po stronie włoskiej. Zjazd z przełęczy biegnie prawie pionową skalną ścianą, na której wykuta jest wąska półka. Droga biegnie właśnie tą półeczką. Co kilkaset metrów półka skręca w głąb ściany przechodząc w tunel, a następnie ostro skręca, by po 90 stopniach tunel przeszedł w zawieszony nad przepaścią balkonik. I po chwili znowu jedziemy półeczką do następnej tunelowo – balkonowej serpentyny. Nie było jak stanąć. Jedyny materiał z tego przejazdu mamy utrwalony na taśmie filmu kręconego w czasie przejazdu. Z dołu nie było już widać tej ściany – zniknęła za przełamaniem filara. Pełni wrażeń pojechaliśmy dalej do Sutrio i skręciliśmy na Mieli. Przed nami kolejna urokliwa dolina kończąca się Przełęczą Sappada. Leszkowi mruga rezerwa, a tu wszystkie stacje pozamykane na głucho – cóż, sjesta, Włochy. Z pewną dozą niepokoju zjeżdżamy do Sappady – jesteśmy uratowani – jest stacja automatyczna. Po wrzuceniu 10 E można zatankować 6.5 litra wachy. Mnóstwo wrażeń i zakrętów dało nam się we znaki, więc nieco zdrożeni jedziemy dalej. Mijamy Auronzo – piękne miasteczko w rewelacyjnej scenerii. Niestety, przegapiliśmy parking przy wjeździe do miasta, a potem nie bardzo było jak stanąć. Musimy tu wrócić. Ponownie wznosimy się w górę na przełęcz Trzech Krzyży i już zjeżdżamy do Cortiny. Kemping jest 4 km za miastem, na szczęście miałem namiar GPS. Był prawie pełen. Znaleźliśmy małą polankę na samą rzeczką, z lekkim spadem. Oceniliśmy, że pogoda jest piękna i padać nie będzie, bo mogłoby być wesoło. Zjedliśmy obiadek i pojechaliśmy do Cortiny po pieczywo i zobaczyć słynny kurort. Miasteczko nie powalało na kolana, pieczywo też. Wróciliśmy z zakupami na kemping i trochę pogadaliśmy słuchając szumu potoku i spożywając nabytego browara. Słońce zaszło, na zachodzie pojawiły się małe, niegroźne obłoczki. Niestety, Axel znowu zaczął krakać.


Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V