8 - dzień ósmy

Hajduszoboszlo - Kremnica

Jak zwykle śniadanko, pakowanie i w drogę. Ujechaliśmy 2 kilometry i gutek znowu zaczął kaprysić. Byliśmy akurat w dość dużym mieście więc postanowiliśmy położyć temu kres. Trzeba znaleźć jakiś warsztat. Zostawiłem Gutka na poboczu i ruszyłem na poszukiwanie warsztatu. Zapytałem o niego dość rozsądnie wyglądającego Węgra, który nienaganną węgierszczyzną skierował mnie do najbliższego warsztatu. Okazało się że był to warsztat wulkanizacyjny i nie chcieli się podjąć naprawy instalacji gutka. Na szczęście pan znał podstawy angielskiego i skierował mnie na ulicę Tokaj Utca, gdzie miał mieścić się duży warsztat. Wprowadziłem dane do GPS i po chwili byłem pod dużym warsztatem, z tym, że znów wulkanizacyjnym. Ale jak przystało na duży warsztat, pan mówił lepiej po angielsku. Przekonałem pana, że w tak dużym mieście, jakim jest Hajduszoboszló musi być jakaś lutownica. Ponieważ termin lutownica w języku angielskim jest mi głęboko obcy, opowiadałem panu o hot metalu, sycząc przy tym jak duża bryła kalafonii na gorącej blasze. Ale pan chyba załapał i znikł. Wrócił po 10 minutach i zaprowadził mnie do innego warsztatu, gdzie rzekomo dysponowali potrzebnym nam sprzętem. Pojechałem więc do porzuconego Gutka i wśród prychania silnika gutka oraz głośnych, acz niecenzuralnych okrzyków samego jego jeźdźca, dojechaliśmy do warsztatu. Gutek wraz z miejscowym specjalistą wzięli się do naprawy sprzęta, a ich pracy przyglądała się miejscowa, warsztatowa piękność. Po chwili gutek był jak nowy, Gutek zadowolony, a pan nie wziął od nas żadnej kasy. Chwała mu za to, więc wręczyliśmy mu uroczyście flaszkę rumuńskiej palinki. Tu pan się wyraźnie rozjaśnił. Widać, że nasze kraje nie różnią się aż tak bardzo. Więc ostro ruszamy i jedziemy przez pusztę nową, gładką drogą, o znikomym ruchu i zakrętach średnio co 20 km. Dość szybko dojeżdżamy do Egeru, gdzie stajemy w naszej ulubionej Dolinie Pięknej Pani. Pięknych Pań nie było zbyt dużo, ale za to piwniczek obfitujących w smakowite napoje mnóstwo. Poszliśmy do znanej już nam piwniczki nr 2, gdzie bardzo miła pani serwuje odjazdowe Bee Mama Cuvée. Nieco spożyliśmy przed obiadem, nieco zabutelkowaliśmy. Za resztki forintów zjedliśmy zupę rybną i potrawę zwaną egerskie świniobicie. Z Egeru na Słowację pojechaliśmy odjazdowymi, wąskimi, ale o dobrej nawierzchni drogami, prowadzącymi wśród malowniczych wzgórz. Sama przyjemność. W jakiejś zapyziałej dziurze nieoczekiwanie wjechaliśmy na Słowację. Tankowanie i dość szybka jazda do Zwolenia i dalej do Kremnicy. Tu mieliśmy zaplanowany nocleg. Zawierzyłem GPS, który zaprowadził nas do pensjonatu o standardzie nieco przekraczającym nasze możliwości finansowe. Na szczęście nie musieliśmy uciekać, bo nie było wolnych miejsc. Niech żyją mistrzostwa świata w gulki (być może chodzi o bilard). Jedziemy więc za strzałkami do pensionu Soler, gdzie standard zdecydowanie bardziej nam odpowiadał. W końcu nie potrzebujemy basenu, ani kortów itp. Kremnica jest bardzo ciekawym miastem, gdzie dawniej wydobywano złoto w dużych ilościach, więc obfituje ona w ciekawe zabytki. Weszliśmy na zamek, do kościoła, na wieżę, na której grali na potężnej, metalowej rurze oraz na bębnach. W kościele były organy o ogromnej liczbie piszczałek, część z nich ułożona była poziomo – może subwoofer ? Zmęczeni zwiedzaniem poszliśmy spać.


Wyprawy

<< Grudzień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V