5 - dzień piąty

Ieud - Sołoniec

Tym razem wstaliśmy naprawdę wcześnie, przed nami dość daleka droga, wysoka przełęcz i wiele wrażeń. Śniadanko, rzeczy do pojazdów, pożegnanie z miłymi gospodarzami i w drogę. Droga od samego początku nie najwyższych lotów – dziury, garby i inne przeszkody. Przejeżdżamy przez Borsę – trafiliśmy na targ, tłok, wokoło śmigają furmanki, biegają świnie, krowy, kozy. W końcu przebiliśmy się, mijamy lokalny ośrodek narciarski z wyciągiem i bardzo malowniczą doliną wznosimy się na wysoką (1440 m npm) przełęcz Przysłop. Wokoło niezwykle piękne widoki, góry typu połoninowego, podobne do naszych Bieszczad, tyle, że znacznie wyższe, a dalej widzimy ośnieżone szczyty Alp Rodniańskich, sięgające ponad 2500 m npm. Do pełni szczęścia brakuje tylko drogi, bo jedziemy po dziurawym jak ser szwajcarski pasie asfaltu i albo nerwowo wpatrujemy się przed przednie koło, albo rozglądamy się dookoła. W pierwszym przypadku mało widzimy, w drugim po chwili lądujemy w mniejszym lub większym dole. Jeden z nich szczególnie dał mi się we znaki – jęknąłem ja i jęknął mój motor. Zatrzymałem się, ale wszystko wydawało mi się w porządku. Pojechałem dalej uważniej i po chwili byliśmy na przełęczy. Postój, zdjęcia, podziwianie widoków. Po chwili z hukiem zajeżdża zdezelowana ciężarówka, zatrzymuje się i pan podaje mi moją tablicę rejestracyjną. Jednak nie wpadłem do tego dołu bez konsekwencji. Podziękowałem panu, tablica do sakwy, a że zimno było, poszliśmy do schroniska na kawę. Pokrzepieni ruszamy dalej. Co ciekawe, w okręgu Bukowina, do którego właśnie zjeżdżaliśmy drogi były coraz lepsze, co oczywiście nie znaczy, że dobre. Już w dole kątem oka zobaczyłem jakiś ruch – to sarenka wyskoczyła mi przed koło, na dodatek poślizgnęła się i sypnęła mi żwirem w twarz. Od obiadu z dziczyzny dzieliły nas milimetry, jakoś się udało, a mnie przez długi czas było jeszcze bardzo ciepło. Dojechaliśmy do bardzo głównej drogi, była ona tak główna, że miałem ją na GPS. Była szeroka, nawet dobrej jakości, tyle, że remoncie. Rumuni remontują drogi etapami – 500 m rozkopane, 500 już zrobione, 500 dopiero do zrobienia, taka huśtawka + korki + światła ciągną się kilometrami. Ale winkle szerokie, widoki miłe, jedziemy. Po kilkudziesięciu kilometrach zjeżdżamy w lewo – droga wąska, kręta, górska o równym asfalcie – no odjazd. Żeby nie było zupełnie dobrze, na zakrętach leży mniej lub więcej szuterku. I tak dojechaliśmy do Moldowicy. Tu trochę błądzimy, w końcu znajdujemy właściwą drogę do klasztoru. Nagle z krzaków wyskakują policjanci i nas zatrzymują. Gutek był pierwszy, więc tłumaczył panom, że my z Polski, a to na czym siedzimy, to nie smoki, tylko motocykle. Panowie uważnie pooglądali jego tablicę rejestracyjną i puścili nas wolno. Mnie znowu było trochę ciepło, bo moja tablica była nadal w sakwie i już układałem sobie w myśli przemowę o stanie rumuńskich dróg. W końcu atak najlepszą metodą obrony. Dojeżdżamy do klasztoru – był piękny, otoczony obronnym murem, wewnątrz cerkiew pomalowana od stóp do głów (czyli od ław po strop) i to zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. Obrazki przedstawiają sceny z życia świętych i różne opowieści biblijne. Przewodnik tłumaczył to tak, że w tym regionie nie wolno było budować zamków, więc przepis ominięto budując klasztory obronne. W razie „W" chroniła się tam okoliczna ludność, a że nie była ani pisata, ani czytata, to w ten sposób tłoczono jej mądrości do łbów. Pooglądaliśmy, popodziwialiśmy i pojechaliśmy dalej. Drogi nadal niezłe, a po Maramuresz rzekłbym bardzo dobre. W ogóle w Bukowinie jest lepiej. Drogi z zasadzie dobre, wsie bogatsze, a banknot 50-lejowy nie wzbudza popłochu. Dojeżdżamy do Suczewicy – kolejny klasztor malowany – może ładniejszy od Moldowicy, ale wszechobecna komercja, łącznie z płaceniem za pusty skąd inąd parking, nas nieco do niego zraziła. Ale obiektywnie zobaczyć go należy. Stąd do planowanego miejsca noclegu nie było już daleko i spokojnie jedziemy wg mapy. Trochę nas dziwi, że tam, gdzie wg niej powinna być droga są strome stoki górskie. Ale w końcu jest – śliczna betonowa droga, równa, prawie bez dziur. Był nawet drogowskaz. Sama droga bez zarzutu, choć wszystkie mosty zamiast betonem były wysypane szutrem – trzeba zwalniać. No cóż, co kraj, to obyczaj. Po chwili tablica dwujęzyczna z nazwą miejscowości i sama wieś. Zajechaliśmy pod Dom Polski, mieszkał w nim chłopak z Bielska (uczył się do sesji – mówił, że tu lepiej do głowy wchodzi – no może). Skierował on nas do Pani Weroniki, która nas zakwaterowała i trochę porozmawiała. Obiadek i spacer po wsi. Było super – wieś całkowicie polska, wszyscy mówią językiem z początku XIX wieku, są bardzo mili i starali się z nami porozmawiać. Opowiadali, że tę śliczną betonową drogę załatwił im Olek Kwaśniewski, kiedy przyjechał do wsi z wizytą i wpadł po deszczu w głębokie błoto. Chwała Mu za to, bo ludzie ci zrobili na nas ogromne wrażenie. Chcielibyśmy im jakoś pomóc, ale jeszcze nie wiemy jak. W pobliskim sklepie kupiliśmy butelkę Cotnari i udaliśmy się na zasłużony spoczynek.


Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V