4 - dzień czwarty

Maramuresz

Znowu wstaliśmy późno – ale, że nie musieliśmy się pakować, było nas na to stać. Na pierwszy ogień poszła cerkiew na wzgórzu w Ieud. Jest to najstarsza cerkiew w Maramuresz z 1364 roku. Położona jest na wzgórzu, nad wsią. Dojazd taki bardziej maramorski – szutrówa gęsto zaminowana przez krowy, konie i woły. Motory postawiliśmy pod krzyżem i poszliśmy na wzgórze. Cerkiew, jak wszystkie drewniane budowle Maramuresz była piękna, położona wśród drzew i malowniczych krzyży. Wejść niestety się nie udało. Pojechaliśmy dalej. Nad brzegiem potoku było gospodarstwo, gdzie pokazali nam, jak się żyje w Maramuresz. No cóż – skansen. Ale podobało się bardzo. Szczególnie jak pani robiła na jakiejś maszynie dywany, jednocześnie kołysząc dziecko w kołysce. Pełna automatyka. Gutek próbował wykonać jakąś skomplikowaną czynność związaną z uzyskaniem nici z konopi, ale pan go zdrowo opieprzył, że to wolno robić jedynie kobietom. Tak więc zajęliśmy się wyłącznie męskimi zajęciami, czyli ogólnie nic nie robieniem. Jedziemy dalej – oglądamy wsie, podziwiamy bogato rzeźbione drewniane bramy, tak charakterystyczne dla Maramuresz, strzeliste drewniane cerkwie. Po kilkudziesięciu kilometrach dojechaliśmy do Borszany – ogromnego żeńskiego monasteru, w którym jest mnóstwo budynków drewnianych, strzelających dachami ku niebu. Wrażenie ogromne. Snuliśmy się zadbanymi alejkami, wchodziliśmy, gdzie się dało wejść, a czasem i nie dało. Zaczęło się chmurzyć, pojechaliśmy więc dalej do Calineszti. Droga na mapie i owszem znaczna jakaś, niestety w naturze okazała się wąską drogą szutrową, wiodącą malowniczo wzdłuż potoku wśród wzgórz. Do Calineszti dojechaliśmy. Cerkiewka jak należało się tego spodziewać bardzo ładna. W planie było jeszcze Budeszti, ale dalsza droga była jeszcze gorsza, a na niebie pojawiły się burzowe chmury. Wizja jazdy wąską drogą po błocie, w strugach deszczu jakoś nas zniechęciła do dalszej podróży. Postanowiliśmy jeszcze sprawdzić, dlaczego szałasy stojące przy potoku tak mocno dymią. Okazało się, że w centralnym punkcie szałasu stał pokaźny miedziany kocioł, pod którym paliło się ognisko. Zacier w kotle mieszał się automatycznie dzięki pracy koła wodnego, a woda z potoku przepływała przez beczkę. Z kotła do beczki prowadziła miedziana rura, a u dołu beczki kapała najprawdziwsza palinka. Kapała to trochę przesadzone określenie, należy powiedzieć, że waliła sporym strumieniem. Dozorca fabryczki wyjął z kąta litrowy, aluminiowy garnek i nas poczęstował jeszcze ciepłym trunkiem. Nie miał tej mocy co dorosła palinka, ale w takiej scenerii smakował wybornie. Ciekawe, jak by było u nas w Puszczy Knyszyńskiej. Może jakiś zlocik ? No nic, chmury znowu nadciągały, więc po szuterku zasuwamy do domu. Po drodze skręciliśmy jeszcze do męskiego monasteru koło Ieud. Droga była świetna – luźno rozrzucone kamienie, w których przednie koło grzęzło, a tylne wyrzucało je w różnych kierunkach na znaczną odległość. Ale czy ktoś twierdzi, że cruisery nie nadają się do jazdy w terenie ? Cerkiewka była śliczna, pop miły, ale te chmury znowu nad doganiały. Zajechaliśmy więc do pensjonatu, pokrowiec na motor i walnęło. Na szczęście krótko, więc po deszczu jeszcze krótka wycieczka piechotą po Ieud, zwiedzanie cerkwi w dolinie i na koniec uroczysty obiad maramorski. Nasi gospodarze ugotowali nam ciorbę (zupę) z mięsnymi kluseczkami, do tego były do przegryzania ostre papryczki, potem zajechała mamałyga (rodzaj kaszy kukurydzianej) przekładanej roztopionym owczym serem, a wszystko polane skwarkami. Do tego była sałatka warzywna, dość ostra. Bardzo to nam smakowało, objedliśmy się jak bąki. A nasz gospodarz niestrudzenie latał z karafką po nową porcję palinki. Chyba też miał w pobliżu taki swój szałasik z aparaturą. I tak nastała noc.


Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V