Szukamy miejsca na sylwestra

Z wizytą u Dżina

Na trasę umówiliśmy się późnym przedpołudniem, by nie rzec wczesnym popołudniem, czyli o 10:00 w Żorach. Z licznej grupy na skutek przeciwności losu oraz pewnie pogody niepewnej, pozostała mała garstka motonitów. Na miejsce spotkania miałem zamiar wyruszyć wcześnie i jechać spokojnie, żeby mieć czas na tankowanie. Niestety oporna technika zaczęła płatać figle. Motór nie chciał zapalić, ani prośbą, ani groźbą. O 10:00 zadzwoniłem do Mikiego, który już czekał na stacji, że mam problemy z zapaleniem. Miki miał wątpliwości, czy motóra, czy płuc. A przecież wiadomo, że z zapaleniem płuc można jechać, a z niezapalonym motorem nie bardzo. W trakcie rozmowy nacisnąłem starter, a rzeczony motór zapalił. Nici więc ze spokojnej jazdy i już po 10 minutach byłem w Żorach. Chłopcy się ukryli w środku, więc szybko wlałem benzynę do baku i poszedłem się przywitać. Chwilę pogadaliśmy i pojechaliśmy dalej na spotkanie z Wrockiem. Jechaliśmy spokojnie, nie przekraczając dozwolonej prędkości zbyt znacznie. Trasa wiodła w większości drogami szerokimi, pustawymi, a nawet autostradowymi, więc pomimo opóźnienia w planach na miejscu byliśmy 5 minut przed czasem. Wrocka zgodnie z oczekiwaniami nie było, więc rozsiedliśmy się w ogródku knajpowym i z namaszczeniem spożyliśmy po dużym kubku czesnakowej polewki. Była niezła, choć jadaliśmy lepsze. A Wrocka nadal nie ma. W końcu Rycho zadzwonił, że mają jeszcze 70 km, głównie autostradą. Doszliśmy do wniosku, że w końcu jest pora obiadowa i należy coś wrzucić, więc wrzuciliśmy po drugim daniu, a nawet jakimś piciu. A Wrocka nie ma. Ogarnęła nas rozpacz straszliwa i poszliśmy na rynek pooglądać różne miejscowe cudeńka. A było co oglądać. Najpierw była ścianka obita lusterkami, a może płytami kompaktowymi ? Była ścianka złożona z płytek żeliwnych o możliwym ustawieniu w dwóch stanach (pionowym i poziomym) – może był to projekt mechanicznego chipa komputerowego ? Na trzech nóżkach stał też duży kielich, z którego deszczówka lejkiem spływała na turbinkę, a ta wprawiała w ruch kowadełko walące po 3 dzwoneczkach. Z uwagi na deszczowe tegoroczne lato mieszkańcy ryneczku w Lipniku wszyscy jak jeden mąż i kobieta leczą się w pobliskiej lekarni na nerwicę dzwonkową. Jest to nowa jednostka chorobowa – właśnie ją wymyśliłem. Może dlatego jestem taki bystry, że przejeżdżałem przez miejsce urodzin Zygusia Freuda ? Na ryneczku były też liczne rzeźby wykute w różnych metalach, choć pęknięta deseczka na krześle nie była raczej wykuwana, tylko wygryziona. W końcu ryneczkiem w Lipniku targnął grzmot niebywały w tym sennym mieście i na plac wtoczył się harley Rycha i virażka Andyego. Daliśmy przyjezdnym wypić zupę i kawę, ale szybko, więc poparzyli sobie trochę języki i gardła i pojechaliśmy na poszukiwanie pensjonatu. Na pierwszy ogień poszła Tepliczka nad Beczwą. Dziura sama w sobie mało ciekawa, ale obfitująca w pensjonaty. Niestety, jakoś na pierwszy rzut oka nie przypadły nam do gustu, więc pojechaliśmy drogą krętą a wąską w góry. Pojeździliśmy po różnych dziurach szukając jakiegoś lokum, ale były albo nieprzyzwoicie drogie, albo nie do końca nas godne. W końcu w gęstym lesie, z dala od ludzkich siedzib, z dala nawet od asfaltu, znaleźliśmy fajny pensjonat prowadzony przez niejakiego Dżina. Jak się okazało, pokoje były przyzwoite, placyk sympatyczny, dymiła wędzarnia, a z prawej dochodził plusk wody w basenie. To przesądziło o wyborze obiektu na w końcu bądź co bądź znamienitą imprezę. Niestety w naszym terminie obiekt był pełen, więc musieliśmy przesunąć sylwestra o tydzień dalej – a że sylwester to rzecz umowna, przyszło nam to łatwo. Zrobiło się dość późno, więc odpaliliśmy sprzęty i pognaliśmy do Hranic, pamiętając, że Rycho jedzie na samej czesnakowej – nawet śniadania nie dali w domu biedakowi. Gosiu - nieładnie ! Przed Hranicami była knajpka miła, więc wstąpiliśmy na małe co nieco. Na parkingu przed knajpą stał sobie GS i lał pod siebie sporym strumieniem benzyny. Stał dość blisko naszych motorów, więc przerażeni pognaliśmy na salę szukać właściciela. Ale właściciel nie przerywając obiadu powiedział, że gieesy tak mają i nie należy się zbyt przejmować. Memento poszarzał na twarzy, a włos mu się zjeżył do pionu jak to usłyszał i zaraz poleciał oglądać swojego. Na szczęście giees Mementa nie lał pod siebie. Dziewczynki i chłopcy z Wrocka zjedli co chcieli, wypili co dali i pożegnaliśmy się czule. Wrocek miał jechać na zachód, a my na wschód. To znaczy taki był plan, niestety uległ on pewnej modyfikacji – Wrocek pojechał na zachód, a my pojechaliśmy na zachód. I tu się muszę przyznać do winy – przedobrzyłem z planowaniem oraz rozgryzaniem podstępnych wskazówek czeskich drogowców. A należało po prostu jechać bezmyślnie za drogowskazami. Ty niemniej po przejechaniu ponad 10 km znaleźliśmy się znowu w Lipniku, który to już raz tego dnia, i po pokonaniu podwójnej ciągłej w poprzek, pojechaliśmy już we właściwą stronę. Jazda autostradą spowodowała dużą żerność mojego motóra i zaczęła migać kontrolka rezerwy. A stacji jak nie było tak nie ma. W końcu mocno już wystraszony zjechałem na boczną drogę, gdzie GPS obiecywał bliskość poidełka dla motorów. Zatankowałem i już bez żadnych przeszkód, nie licząc czeskich stacji radiolokacyjnych rozlokowanych wzdłuż drogi co 2-3 km (Czesi na szczęście jeszcze czasem migają J), w stale i bezwzględnie zapadającym zmroku dotarłem do domu.


Wyprawy

<< Październik 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V