Orawice

Posezonowe spotkanie na termalnych basenach

 

 

W piątek zaraz po pracy ostro ruszyliśmy na południe. Chciałem być pierwszy i zobaczyć co to udało nam się zarezerwować. Do Czechowic jazda odbywała się płynnie i bez większych zakłóceń. Niestety za Czechowicami był gigantyczny korek. Zjechałem w jakąś polną, choć asfaltową drogę i przy pomocy podpowiedzi GPS wylądowałem po chwili w Bielsku. Przejazd przez tunele i jedziemy na Żywiec, Korbielów. Jazda płynna, choć ruch duży. Wjeżdżamy na Słowację, miało być dobrze, ale ku naszemu zdziwieniu ruch nadal spory. I tak dojechaliśmy do Habovki, gdzie w planie było zatankowanie flaszeczki na wieczorne spotkanie. Pani miała nowy gatunek wina – św. Urban – trunek w smaku niewiele ustępujący Tokajowi Aszu. Zatankowaliśmy flaszeczkę i pojechaliśmy do pobliskich już Oravic. Na początek poszukaliśmy Chatę Orawica i pobraliśmy klucze do wszystkich pokoi, zostawiając pani skromny zastaw w postaci 100 Euro. Bogaci w klucze, biedni w kasę, ruszyliśmy na poszukiwanie naszego pensjonatu o wdzięcznej nazwie Wodarka. Po krótkich poszukiwaniach zajechaliśmy pod drzwi i pooglądaliśmy pokoje. Tchnęło minioną epoką socjalizmu, a tchnienie to było potężne i początkowo nieco zwalało z nóg. W celu zachowania równowagi ducha, wypiliśmy więc po pełnej szklaneczce tokaja, co duchowi znakomicie poprawiło humor. Prawdę mówią ludzie, że w winie radość. Tak podbudowani zarówno duchowo, jak i cieleśnie, pojechaliśmy znowu do Chaty Orawica na kolację. Jedzonko było niezłe, a najbardziej smakowała mi wirtualna zupa czesnakowa. Jej wirtualność polegała na tym, że była na zamówieniu i na rachunku, a już niekoniecznie na stole. Wróciliśmy do chatki i po chwili przyjechali Gutkowie. Socjalistyczna sceneria wpłynęła na nas melancholijnie, więc jedyny ratunek widzieliśmy w naszej niezawodnej flaszeczce. W środku nocy dojechał Jacek z Danusią i po krótkiej rozmowie położyliśmy się spać. Poranek nastał ciepły, a po dolinie przesuwały się leniwie malownicze mgiełki. Wstaliśmy, pokąpaliśmy się i na 9:00 ruszyliśmy na śniadanie. Po jedzeniu poszliśmy na baseny termalne wymoczyć skurzone po całym sezonie cielska. To siedząc w wodzie, to spacerując po kompleksie doczekaliśmy się przyjazdu Mikiego, Axela, Tomka i Grzesia wraz z rodzinami. Atmosfera ulegała systematycznej poprawie, w czym pomagały miłe rozmowy przy szklaneczce złocistego piwa. Pod wieczór kolejne wymoczone do granic przyzwoitości grupki udawały się na wzgórze, gdzie stał nasz pensjonacik. Niestety, z przyczyn nagłych, a rodzinnych musiał nas opuścić Jacek. Wybiła godzina kolacji i ruszyliśmy tłumnie piechotą w stronę odległej o 1.5 km restauracji. Jedynym wyjątkiem był Miki, który pojechał autem. Ale że Miki to dobry kolega kręcił tam i nazod tak długo, aż pozbierał z trasy wszystkich piechurów. Ostatnią grupę zwinął już z parkingu przed knajpą, ale liczą się dobre chęci. Kolacja tym razem była realna i wszyscy się wystarczająco najedli. Najlepiej wyszli na tym ci, którzy wzięli langosze. Langosze były bardzo gumiaste i zaległy w żołądkach na długie godziny eliminując tym samym uczucie głodu. Po kolacji wróciliśmy do pokoi oślepiając po drodze kierowców samochodów naszymi komórkami. Na miejscu zebraliśmy się w sali biesiadnej, gdzie przy piwie i innych stosownych napojach snuliśmy wizje na przyszłość. Sielską atmosferę przerwała nam jakaś kobieta uporczywie wydzwaniając do Axela, w sumie nie bardzo wiemy po co. Z zasłyszanej, nie powiem, że niechcący, rozmowy Axela z panienką, wynikało niezbicie, że panienka też nie wie po co dzwoniła. W końcu dała nam spokój, a spokój Axelowi dało parę kieliszków ochoczo polewanych przez Belmonda. Jak się potem okazało, Axel nie wiedział co pije. Niewykluczone, że w ogólne nie wiedział, że pije. Jak to kobiety potrafią człowiekowi zawrócić w głowie. W miarę upływu czasu kolejne osoby po angielsku znikały w pokojach, a przy stole pozostał Greg, Axel, ja i wciąż pełniący funkcję podczaszego Belmondo. Nad ranem salę opuścili ostatni twardziele gasząc światło i sprzątając puste i jeszcze pełne butelki.

Ranek, jak na listopad w Tatrach przystało był słoneczny i ciepły. Wszyscy wylegli na balkon wygrzewać się i opalać, a to w koszulkach, a to bez nich. W świeceniu nagim torsem brylował oczywiście Axel, obnosząc z dumą na słoneczku swoją bułę. W końcu posprzątaliśmy pokoje, spakowaliśmy auta i ruszyliśmy na śniadanie. Tym razem nie było źle, choć panienka podająca do stołu była mocno niewyspana i nie wszyscy dostali, co chcieli. Na plus panience należy przyznać, że każdy w ogóle coś do zjedzenia dostał i głodny nie wyszedł. Piękną tatrzańską trasą przez Przełęcz Hucianską pojechaliśmy do Beszenowej. Pogłoski o rozbudowie ośrodka okazały się prawdą i oczywiście najbardziej przebudowie uległo wejście. Wejście zostało tak przebudowane, że nie potrafiliśmy go znaleźć. Na szczęście dzięki pomocy uczynnych Słowaków weszliśmy na baseny. Przez 3 godziny moczyliśmy się znowu w ciepłej i żelazistej wodzie. Na koniec zdecydowaliśmy sie na powrót do domów przez Żylinę, co pozwoliło na ominięcie trasy Korbielów - Żywiec - Bielsko oraz zaliczyć naszą ulubiona knajpkę we Vrutkach. Tradycyjnie spożyliśmy po golonce, popijając różnymi cieczami. Ogólnie kierowcy pili ciecze nie do końca pasujące do golonki, co wydaje mi się jawną dyskryminacją. A na to wszystko ze ściany patrzyli na nas i nasze talerze w zgodzie wielkiej towarzysze Włodzimierz i Józef. Patrzył jeszcze jeden towarzysz, ale tego nie udało nam się rozpoznać. A szkoda. W końcu pożegnaliśmy się uroczyście i ze stosowną prędkością pojechaliśmy do domów.

 



Wyprawy

<< Grudzień 2018 >>
PonWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Pogoda

Zaplanuj trasę

Przyjaciele klubu

  • Klub motocyklowy - The Club
  • MOTO-TURYSTA
  • Doctor Riders
  • South Riders Club

© 2018 SRC.pl Wszelkie prawa zastrzeżone

Webdesign: V